Wydrukuj tę stronę

W innej formie, w innych oczach
Poezja Zbigniewa Herberta w krajach niemieckojęzycznych

 

1.2.2-krotkie-wprowadzenie


 

 

 

 

 

Niemcy były nie tylko krajem, w którym ujrzał światło dzienne pierwszy w ogóle osobny przekład poezji Herberta. Były one także jedynym krajem, w którym wydane zostały (prawie) całościowe przekłady aż czterech zbiorów tego poety.

 

MACIEJ STANASZEK

 

Nie jest tajemnicą, że przekład – literacki czy każdy inny – jest trochę jak głuchy telefon: informacja, która dociera do odbiorcy, niezupełnie pokrywa się z tą, którą chciał przekazać nadawca. Pewne jej zniekształcenia wymusza na tłumaczu język przekładu, inne z kolei są wynikiem zniekształcającego – z powodów kulturowych – odczytania już i tak niekiedy zdeformowanej informacji. Jeśli wziąć jeszcze pod uwagę fakt, że ze swojej natury znaczenia w tekście literackim są często przynajmniej niedookreślone, to trudno się dziwić, ze czytelnicy przekładu mogą to i owo opacznie zrozumieć. I to nawet jeżeli są krytykami literackimi...

W niniejszym szkicu chciałbym się przyjrzeć odczytaniom na obszarze języka niemieckiego czterech spośród ostatnich tomów poezji Herberta. Wbrew temu, co zasugerowałem przed chwilą, będę mówił nie tylko o nieporozumieniach w odbiorze tomów wierszy – bo również o takich ich odczytaniach, które można uznać za mieszczące się w granicach rozsądnie pojmowanej interpretacji. Co więcej, niekiedy okaże się, że krytycy piszący na łamach prasy niemieckiej, austriackiej i szwajcarskiej dostrzegli rzeczy, których nie zauważył żaden z ich polskich kolegów – co może wynikać z odmiennej wiedzy kulturowej użytkowników tych pierwszych, z przyzwyczajenia do innego sposobu lektury – czy po prostu z innej indywidualnej wrażliwości.

Aby móc choćby w niewielkim stopniu porównać wrażenia czytelników obcych z wrażeniami czytelników rodzimych, za przedmiot analiz wybrałem recenzje czterech tomów poezji Herberta, które w identycznym lub bardzo podobnym składzie ukazały się w języku niemieckim: Pan Cogito, Raport z oblężonego Miasta, Rovigo i Epilog burzy (zainteresowanych recepcją wczesnych wyborów wierszy Herberta odsyłam do artykułu Violetty Rosinek). Niemcy były nie tylko krajem, w którym ujrzał światło dzienne pierwszy w ogóle osobny przekład poezji Herberta. Były one bowiem także jedynym krajem, w którym wydane zostały (prawie) całościowe przekłady aż czterech zbiorków tego poety – które, co ważne, ukazywały się z niewielkim opóźnieniem w stosunku do oryginałów (maksymalnie nieco ponad 3 lata), a w jednym przypadku – tomu Pan Cogito – wydanie niemieckie być może wyprzedziło nawet polskie, albo wyszło tuż po nim (tak przynajmniej wynika z posłowia Karla Dedeciusa, w którym twierdzi on, że nie mógł czekać na ukazanie się polskiego oryginału, chcąc zdążyć na 50. urodziny Herberta – które jednak były dopiero po koniec października ’74).

Recepcję literatury zazwyczaj bada się na podstawie reakcji na tę ostatnią krytyki literackiej. Nie inaczej postępuję w prezentowanych tu badaniach. Przedmiotem moich analiz są więc recenzje poszczególnych tomów Herberta publikowane zazwyczaj w prasie ogólnej (tzn. nieliterackiej) krajów obszaru języka niemieckiego, czyli Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Zdecydowana większość recenzji ukazała się dziennikach lub tygodnikach o zasięgu ogólnokrajowym, takich jak niemieckie dzienniki „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Süddeutsche Zeitung“ i „Frankfurter Rundschau“ oraz tygodnik „Die Zeit”, szwajcarski dziennik „Neue Zürcher Zeitung“ i austriackie również dzienniki „Die Presse” i „Der Standard”. Autorami tekstów poświęconych tomom Herberta są przede wszystkim krytycy i literaturoznawcy niemieccy, znacznie rzadziej austriaccy i tylko sporadycznie szwajcarscy. Recenzji udało mi się – różnymi sposobami – znaleźć w sumie 20 (nie licząc 5 przedruków), z czego do jednej niestety nie mam dostępu (ukazała się w czasach przedinternetowych i dlatego nie ma jej w archiwum elektronicznym gazety, z której ona pochodzi).

Opisując recepcję danego tomu, starałem się z jednej strony znaleźć podobieństwa i różnice poświęconych mu recenzji niemieckojęzycznych, a także porównać ich cechy wspólne z tymi, które dominują – lub przeciwnie: są marginalne – w recenzjach polskich (będących przedmiotem moich wcześniejszych badań). Z drugiej strony zależało mi także na choćby pobieżnym streszczeniu każdej z recenzji, ze szczególnym uwzględnieniem wypowiedzi odnoszących się bezpośrednio do danego tomu, a w dalszej kolejności – do całej twórczości poetyckiej Herberta i jego osoby. We wszystkich przypadkach bardzo ważne były dla mnie wątki polskie, zwracałem też uwagę na błędy odnoszące się często właśnie do tej tematyki. Wiele fragmentów, które wydały mi się ciekawe dla polskiego czytelnika, cytuję w polskim (własnym) przekładzie – fragmentów tych dużo jest zwłaszcza w przypadku dwóch ostatnich tomów, Rovigo i Epilog burzy. Szkoda mi było jednak pomijać pewne wypowiedzi w imię zachowania równowagi, czyli mniej więcej stałej długości opisu każdej recenzji – tym bardziej że niektóre recenzje owych tomów są wyraźnie dłuższe niż te odnoszące się do dwóch tomów wcześniejszych (Pan Cogito i Raport z oblężonego Miasta). Co się tyczy samych recenzentów, to podaję ich narodowość, zawody i rok urodzenia (często także śmierci – wielu autorów tych tekstów już nie żyje). Tytuły recenzji podaję w wersji oryginalnej i w przekładzie na polski. Dokładne dane artykułów zamieszczam w bibliografii, z niej też się można dowiedzieć, jaka była kolejność recenzji (mój układ nie jest chronologiczny). Z kolei na początku każdego z opisów prezentuję okoliczności wydania przekładu i sylwetkę tłumacza. Fragmenty wierszy cytuję wg oryginału (generalnie Wiersze zebrane), informując jednak czasami o niemieckim brzmieniu niektórych kłopotliwych słów.

 

Pan Cogito

Jak już wspominałem przed chwilą, niemiecki Pan Cogito, czyli Herr Cogito został wydany być może nawet przed ukazaniem się polskiego oryginału – a więc w styczniu 1974 r. – i tym chyba (oprócz zamiłowania tłumacza, Karla Dedeciusa, ur. 1921, do układania tłumaczonych przez siebie wierszy po swojemu) należy wyjaśniać odmienność tego tomu, który zawiera tylko 34 z 40 wierszy występujących w wydaniu polskim. Brakuje tu zatem 6 utworów, z których prawie wszystkie ukazały się już wcześniej po niemiecku: Rozmyślania o ojcu, Mama, Siostra, Codzienność duszy, Historia Minotaura i Stary Prometeusz. Zamiast tych wierszy jest 16 innych, z których osiem – w zazwyczaj odmiennych wersjach oryginalnych, a zatem także przekładach – weszło później w skład tomu Raport z oblężonego Miasta, jeden trafił do Elegii na odejście, natomiast aż siedem nie zostało przez autora włączonych do żadnego ze zbiorków – a czasami wręcz nie miało pierwodruków w czasopismach (Sen Pana Cogito, Pana Cogito przyczynek do tragedii w Mayerlingu, Kot, Czapka Monachomacha, Anioły cywilizacji, Węzeł i Pana Cogito sen-przebudzenie).

W porównaniu z wydaniem polskim niektóre tytuły wierszy są tu dłuższe, bardziej szczegółowe (Notatki podróżne Pana Cogito jako nadtytuł utworów Sekwoja i Ci którzy przegrali oraz Pan Cogito otrzymuje czasem dziwne listy pisane z ironią ale z jeszcze większym współczuciem), z drugiej strony czasem  nie występuje w nich jeszcze Pan Cogito. Zupełnie inny jest tu układ książki – jako że miała ona być prezentem na 50. urodziny Herberta, Dedecius podzielił owych 50 wierszy, które złożyły się na niemieckiego Pona Cogito, na pięć dziesiątek, zatytułowanych kolejno Tuskulum, Die Beschaffenheit der Dinge [Natura rzeczy], Meditationen [Medytacje], Kummer [Troski] i Gegenwärtigkeit [Współczesność]. Pierwsza dziesiątka traktuje generalnie o sprawach osobistych, w tym rodzinno-genealogicznych, druga – o świecie zewnętrznym, trzecia – o kwestiach związanych z myśleniem, czwarta poświęcona jest głównie tematowi cierpienia, piąta zaś – sprawom współczesnym.

Niemieckojęzycznych recenzji tomu Herr Cogito – trzeciej książki poetyckiej Herberta opublikowanej po niemiecku, ale pierwszej w składzie podobnym do oryginalnego – było teoretycznie co najmniej dziesięć (tyle jest w zbiorach wycinków prasowych Archiwum Zbigniewa Herberta), ale w praktyce – zaledwie pięć. Najwyraźniej w ówczesnej prasie niemieckiej i austriackiej powszechna była praktyka powielania recenzji w innych periodykach, zazwyczaj też pod innym tytułem i niekiedy z innym podpisem (często w postaci inicjałów). Z owych pięciu pierwotnych recenzji trzy można uznać za bez wyjątku pochlebne, a dwie – za raczej krytyczne, choć zawsze zawierające również pochwały.

Autor jednej z recenzji drugiego typu, niemiecki krytyk i pisarz Peter von Becker (ur. 1947), po zwięzłym przedstawieniu wcześniejszej twórczości poety (jego wiersze „należą do precjozów »muzeum poezji nowoczesnej«”) zarzuca mu w artykule Die Versuchung des Herrn Cogito. 50 neue Gedichte zum 50. Geburtstag Zbigniew Herberts [Kuszenie Pana Cogito. 50 nowych wierszy na 50 urodziny Zbigniewa Herberta], że wbrew zasadom wyłożonym w tekście Lyrik heute [Poezja dzisiaj] (przedmowie do II wydania wyboru Inschrift [Napis]) opisuje on często swoje sny oraz że jest mało powściągliwy w wyrażaniu swych opinii. Jego wcześniejsze wiersze były zdaniem recenzenta lepsze: „Jego niegdyś tak ironicznie wizjonerskie, pisane lekką ręką, ale słowo w słowo intelektualnie skondensowane miniatury, gry językowe z motywami historycznymi i mitologicznymi wydają się teraz w swoich pointach czasami jakby rysowane karykaturalnie grubą kreską, a Herbert popada niekiedy w ton rozwlekłej pogawędki edukacyjnej, w której pojedynczy gest zdaniowy często wzbija się na wysokość patosu”. Uchodzi to jeszcze według von Beckera w przypadku stylizacji mowy Kaliguli. „Niejednokrotnie jednak otwiera się w nowych wierszach mgławicowy świat snów i ludzkiego wnętrza, w którym po przebudzeniu »wiatr przynosi zapach mordercy», a kobieta ze snów »pachnie« dość apokaliptycznie »stryczkiem«” (cytat z wiersza Pana Cogito sen-przebudzenie, nieobecnego w polskim tomie, a w niemieckim – niezbyt szczęśliwie – umieszczonego na samym końcu). Najmniej podoba się recenzentowi ostatnia dziesiątka wierszy, w której widzi on wspomniany brak powściągliwości. Pisze w tym kontekście o poecie: „Jego uciekanie się do trzeciej osoby, Pana Cogito, staje się raczej lekko zaznaczoną autostylizacją wywyższającego się nad teraźniejszość klasyka”. Cytując króciutkie fragmenty wiersza Co myśli Pan Cogito o piekle, recenzent interpretuje tytułowe piekło jako miejsce, w którym Herbert chciałby widzieć artystów współczesnych, w przeciwieństwie do klasyków, których poeta „wytacza jako działa”. Niemiecki krytyk nie zauważa przy tym dość oczywistego dla czytelników polskich odniesienia do władz krajów socjalistycznych, stwarzających posłusznym sobie artystom sztuczne raje, w których mogli oni tworzyć w oderwaniu od rzeczywistości (o czym Herbert mówił zresztą w jednym z wywiadów). Von Beckerowi nie podobają się także rozważania autora o muzyce pop („banalnie prywatne i bez poczucia skali”) oraz prezentacja postaci poety w wierszu Pan Cogito a poeta w pewnym wieku, w którym recenzent widzi nie autora, lecz kogoś innego (choć są tu wyraźne odniesienia do biografii Herberta). Ponadto mimo że von Becker uważa wiersz Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy za „jeden z najmocniejszych wierszy nowego tomu”, to zwrócenie się autora ku „bezpośrednio współczesnym zjawiskom kulturowym i politycznym” wydaje mu się „poetyckim grzechem pierworodnym”. Radzi zatem: „Pan Cogito powinien więc w stanie pokuszenia zamiast poezji pisać raczej traktaty. Nie jest to opowiedzenie się przeciwko jawnie polityczno-aktualnym wierszom, lecz w tym konkretnym przypadku kwestia środków, a więc także pośredniczenia”. Warto zauważyć, ze nie w smak jest recenzentowi niemieckiemu dokładnie to, co tak bardzo podobało się polskim krytykom: fakt, że Herbert zaczął częściej mówić wprost o współczesności, a zarazem przeszedł prawie wyłącznie na wiersz wolny.

Von Becker nie jest też przekonany co do jakości tłumaczenia: opierając się na jednym z dwóch przykładów zmian podanych przez Dedeciusa w posłowiu, słusznie moim zdaniem krytykuje pewną modyfikację dokonaną przez tłumacza (zamianę „dokładnie podano” na „dokładnie zapisano”). Wyraża mu jednak wdzięczność za jego przekłady, bowiem „około 10 z 50 nowych wierszy należy znowu do absolutnej czołówki tego, co w ogóle można było przeczytać z poezji ostatnich lat”. Do tej zaszczytnej dziesiątki von Becker zalicza – oprócz wspomnianego wyżej utworu – wiersze Pan Cogito a ruch myśli, Alienacje Pana Cogito, Pan Cogito a myśl czysta i Pan Cogito obserwuje zmarłego przyjaciela.

Zauważmy przy okazji, że zarzut zbytniego skupiania się na własnych snach wynika z tego, że Dedecius zamieścił w zestawionym przez siebie Panu Cogito więcej wierszy na ten temat, niż znalazło się ich w wydaniu polskim, gdzie jest tylko Pan Cogito biada nad małością snów (nawiasem mówiąc, Herbert chyba nieszczególnie lubił swoje wiersze o snach: jak zauważa Ryszard Krynicki, dwa wiersze tego typu – „oniryczne, obce jego poetyce” – ze Studium przedmiotu nie pojawiały się później w wydaniach wierszy zebranych). Z kolei dopatrywanie się przez von Beckera krytyki całej sztuki współczesnej w wierszu Co myśli Pan Cogito o piekle ma swoje źródło w nieznajomości kontekstu, który był oczywisty i dla autora, i dla jego rodaków-czytelników (w nieodczytaniu „socjalistycznego” tła von Becker nie był jednak jedyny – patrz niżej).

Krytyczna, ale z nieco innych powodów, jest także recenzja niemieckiego pisarza (urodzonego w dzisiejszym Kluczborku, na Śląsku Opolskim) Heinza Piontka (1925-2003), opublikowana najpierw pod tytułem Ein ironisches Ich. Zbigniew Herberts Lyrik am Wendepunkt [Ironiczne ja. Poezja Zbigniewa Herberta w punkcie zwrotnym], a następnie – w wersji rozbudowanej o jedno zdanie – jako Abseits der modischen Theorien. Gedichte von Zbigniew Herbert [Z dala od modnych teorii. Wiersze Zbigniewa Herberta] – i wreszcie na koniec w wersji skróconej o sześć zdań: Träume und Handwerk [Sny i rzemiosło]. Piontek dostrzega nowość tego tomu, jaką jest osobisty charakter niektórych wierszy – owo „patrzenie w lustro”, o którym wspomina Dedecius w posłowiu-liście do autora-solenizanta (drugą nowością, którą zauważa krytyk, jest to, że właśnie Dedecius po raz pierwszy zrezygnował z pisania rzeczowników małą literą, co według Piontka było „formą estetycznej ekskluzywności”, która u Herberta wydawała mu się „od zawsze nie na miejscu”). Niemiecki recenzent nie jest jednak zachwycony rzekomym brakiem innych nowych elementów: „Można mieć wrażenie koła, które się zamyka. To, co Herbert napisał ostatnio, spotyka się z tym, czym ten poeta przyciągnął uwagę już na początku i czym zdobył sobie uznanie nawet poza granicami Europy. Ze swoich dwóch skarbnic – historii i mitologii – czerpie także tym razem obiema rękami”. Następnie Piontek, stwierdzając, że stoickość postawy Herberta robiła na nim dotychczas niezwykłe wrażenie, chwali go za nieuleganie „modnym teoriom i trendom”. Precyzuje: „Poezja Herberta czerpała dotąd największą siłę ze swoich motywów, z przenikliwości umysłu, który wyłuskiwał jej twarde, gorzkie od prawdy jądro”. Nieprzywiązywanie – zdaniem recenzenta – wagi do formy, do jej innowacyjności było jednak możliwe pod jednym warunkiem: „Dopóki jego tematy i przedmioty były świeże, zaskakujące, fascynujące, nie musiał się prawie w ogóle martwić o formalną stronę wierszy, ich brzmienie miało w sobie coś »oczywistego«. Teraz jednak, gdy Herbert czasami się powtarza pod względem tematyki, jego wyobraźnia nie kreuje ciągle nowych analogii, dialektycznie zaskakujące pointy stają się rzadsze, czytelnik mimowolnie dokładniej przygląda się sformułowaniom. Nagle natrafia się na słabe miejsca, dłużyzny, nic nie mówiące metafory dopełniaczowe”. Piontkowi nie podobają się także – na jego gust chyba zbyt mało poetyckie – fragmenty niektórych wierszy, np. początek utworu Pan Cogito o magii („Czy można, będąc poetą, tak zaczynać wiersz?”), a także całe Przesłanie Pana Cogito („Kto zna wyjątkowy wiersz Testament, temu Przesłanie musi się wydawać jego nikłym echem [niem. Aufguß – dosł. ‘napar’, w domyśle ‘drugi’]. Tam gdzie kiedyś każdy chwyt ukazywał niezapomniany obraz […], jest teraz rezonowanie”). Pisząc o radach, jakie Herbert daje w kwestii cierpienia, recenzent zauważa trzeźwo: „Co na to powie chory na raka, co człowiek sparaliżowany [lub] torturowany?”. Podoba mu się za to wiersz Pan Cogito obserwuje zmarłego przyjaciela, w którym „Herbert wyraża się z dostojeństwem wstrząsu, jak w swoim najlepszym okresie”. Po czym Piontek dodaje: „Mocną stroną Herberta, a widać to coraz wyraźniej, jest nie triumfująca wykształceniem lub udająca naiwność ironia, lecz delikatny humor, który zniósł smutek”. W podsumowaniu recenzji Piontek stwierdza co prawda, że „Herbert wykształcił sobie w ciągu dwóch dekad taką pewność estetyczną, że nic mu się nie może nie udać”, ale sugeruje, że właśnie teraz, kiedy „jego sztuka zatoczyła koło”, nadszedł dla niego czas zmian: „Z pewnością jego myśli, jeśli odmówi on im nasuwających się automatycznie słów i obrazów, wypracuje nową formę wyrazu, poruszać się będą również po nowych torach”.

Ciekawe, że recenzent nie zauważa faktu, że właśnie Pan Cogito był obraniem nowej drogi, bodaj największym przełomem w twórczości poetyckiej Herberta. Przejściem na bardziej osobisty sposób wypowiadania się, a zarazem prawie zupełnym odejściem od wiersza regularnego – co też było znaczną nowością u lubiącego dotychczas subtelne nacechowanie formalne Herberta (głównie w postaci rytmu), którego to nacechowania jest w Panu Cogito ponadprzeciętnie mało. Być może to niezauważanie nowego sposobu mówienia Herberta wynika z tego, że – siłą rzeczy – recenzent kształtował sobie wyobrażenie o poezji późniejszego autora Pana Cogito na podstawie wyborów wierszy dokonywanych przez Karla Dedeciusa. A że ten – podobnie zresztą jak w Stanach Carpenterowie – najwyraźniej unikał tłumaczenia wierszy o ścisłych rygorach formalnych (może nie tyle jako trudniejszych do przełożenia – w końcu Dedecius przekładał tego typu utwory, i to nie tylko z polskiego – co rzekomo niezbyt typowych dla „dojrzałego” Herberta), czytelnicy niemieccy mogli mieć wrażenie, że Herbert w Panu Cogito mówi tak, jak już wcześniej mówił, czyli posługując się wierszem wolnym (dla nas – „różewiczowskim”). A warto zauważyć, że wśród wierszy składających się na wybór Gedichte jedynie sześć (z pięćdziesięciu) jest wyraźnie regularnych, a wśród tych zawartych w – dwukrotnie obszerniejszym – wyborze Inschrift – jest ich też niewiele, bo 10. Daje to w obu przypadkach ok. 10 procent, podczas gdy z niemal 240 wydanych wówczas wierszy (w czterech tomach) więcej niż 24 wyróżniają się regularnością – w samych dwóch pierwszych tomach jest ich około 30 (jeśli uwzględnić także aluzję do heksametru polskiego, o ile dominuje ona w wierszu). To fakt, że w środkowym okresie twórczości Herbert coraz bardziej odchodził od rygorów formalnych – szczyt tego trendu przypada właśnie na czasy Pana Cogito, ale trochę trudno zgodzić się z zapewnieniem Dedeciusa, że jego drugi wybór zatytułowany Inschrift jest „przekrojem całego dzieła poetyckiego Herberta” – treściowo może tak, ale formalnie nie bardzo. Przyczyną tendencyjności wyboru było zapewne przekonanie Dedeciusa, że regularność formy była typowa jedynie dla wczesnego Herberta (tłumacz widział w „liturgicznej melodyjności pierwszych rytmizowanych wierszy” kontynuację „poezji katastroficznej czasów wojny, poezji Baszyńskiego [sic!] i Gajcego”). Jednak, jak to ujął właśnie Heinz Piontek, poezja Herberta zatoczyła koło, tyle że o wiele później, pod innym względem, a ponadto niezupełnie.  

Dwie kolejne recenzje zbioru Herr Cogito łączy nie tylko fakt, że są bardzo pozytywne, a ich autorzy (podobnie zresztą jak Piontek) chwalą także dokonania tłumacza (patrz niżej). Obie z nich – czyli recenzję niemieckiego literaturoznawcy, pisarza i lingwisty Haralda Weinricha (ur. 1927) Ein europäischer Autor aus Polen. Zbigniew Herberts neue Gedichte [Europejski pisarz z Polski. Nowe wiersze Zbigniewa Herberta] i artykuł austriackiego krytyka i eseisty Wolfganga Krausa (1924-1998) Gehe aufrecht, wo andere knien. Zu Zbigniew Herberts Buch „Herr Cogito” [Idź wyprostowany, gdy inni klęczą. O książce Zbigniewa Herberta „Pan Cogito”] – przedrukowany najpierw jako Gehe aufrecht, wo andere knien [Idź wyprostowany, gdy inni klęczą],a potem jako Der Herr Cogito. Zbigniew Herbert und die heutige Zeit [Pan Cogito. Zbigniew Herbert a dzisiejsze czasy] (w pierwszej i ostatniej wersji – ta podpisana jest jedynie skrótem WKS – nie ma na końcu jednego zdania) – wyróżnia bowiem uwzględnianie polskości Herberta. Uwagę na nią mógł kierować pierwszy wiersz niemieckiej wersji Pana Cogito, jako jedyny usunięty w kraju przez cenzurę: Heraldyczne rozważania Pana Cogito (jak twierdzi Gerard Rasch, niderlandzki tłumacz poezji Herberta, miał on otwierać również polski tom). Do tego wiersza nawiązuje Weinrich, podkreślając także – już w tytule – zarazem europejskość i polskość autora. Z kolei Kraus, rozpoczynając swój tekst od przedstawienia własnej wersji genezy „osobistości takiej jak Zbigniew Herbert”, dopatruje się właśnie w fakcie pochodzenia autora z Polski przyczyn jego zamiłowania do kultury antycznej. Co prawda recenzent za „arkę Noego dla kultury greckiej i rzymskiej” uważa w Polsce kościół („który ma tu pozycję jak w rzadko którym innym kraju europejskim”), a więc wychodzi na to, że właśnie – akcentowany przez autora tekstu – polski katolicyzm (a nie np. moda na antyk w przedwojennym akademickim Lwowie) sprawił, że Herbert zainteresował się kulturą starożytnej Grecki i Rzymu. Jednak takie uproszczenie (czy raczej wypaczenie) rzeczywistości można ostatecznie wybaczyć recenzentowi z Austrii, który zapewne również wiele zjawisk w swojej ojczyźnie skłonny był tłumaczyć krzepkim katolicyzmem niektórych swych rodaków.

Na tych dwóch aspektach podobieństwa obu recenzji się kończą. Weinrich, sugerujący dość mocno tożsamość Pana Cogito i Zbigniewa Herberta (poprzez zestawienie ich opisów na początku recenzji) i podkreślający już w tytule europejskość tego ostatniego, nazywa go „poetą bez lęku przed filozofią”. Precyzuje przy tym, że chodzi tu o filozofię klasyczną, a nie „domowej roboty wyjaśnianie świata”, które cechuje ponoć większość pisarzy niemieckich. Wyliczywszy sławy filozofii, do których Herbert nawiązuje, oraz postaci historyczne, które pojawiają się w jego wierszach, Weinrich pisze, że poeta „jest w swoich wierszach po stronie tych, którzy w każdej sytuacji wybierają rolę pośledniejszą”. Żyje on bowiem „w kraju, w którym drzewa i słowa są małe”, ale w którym zarazem „można znowu wypowiadać takie stare na wpół zapomniane słowa, jak opanowanie, dojrzałość, pokora, cnota – ta »w staroświeckim kapeluszu Armii Zbawienia«”. Dodając od razu „I stwierdzamy, że te słowa okrzyczane jako afirmatywne znowu brzmią właściwie u Herberta/Dedeciusa, a to dlatego, że są sumą niezliczonych twardych, codziennych wyrzeczeń”, recenzent ma chyba na myśli liberalizację, jaka nastąpiła w Polsce po nastaniu rządów Gierka – a być może także budzenie się świadomości społecznej w owych latach. Pisząc o hałaśliwym świecie, jaki otacza marzyciela Pana Cogito, Weinrich ześlizguje się jednak w dość ryzykowne twierdzenia, że Cogito „oczekuje od życia przede wszystkim przeżycia, a ze wszelkich możliwych sposobów walki z przemocą [ewentualnie władzą – przyp. MS] wybiera zawsze tylko takie, jakie również zalecał Bertolt Brecht”, po czym, co ciekawe, recenzent zamieszcza cytat z wiersza Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu, zaczynający się od słów „Należy zgodzić się / pochylić łagodnie głowę”, a następnie podsumowuje: „Niewielka jest więc nadzieja na znalezienie się kiedykolwiek w gronie dumnie pozujących zwycięzców, pewnych siebie ludzi o postawie wyprostowanej; będzie się zawsze wśród przegranych i ofiar historii światowej, którym na końcu w najlepszym wypadku pozostanie jedno wyjście: »jeśli to możliwe / stworzyć z materii cierpienia / rzecz albo osobę«”. Dziwnie brzmi ta wykładnia w kontekście tego, co Herbert powiedział w jednym z wywiadów: „Uważam, że zadaniem człowieka myślącego w jakichkolwiek warunkach jest niegodzenie się na rzeczywistość” – a także w kontekście chociażby słynnego Przesłania Pana Cogito, wzywającego do obrony wartości nawet bez perspektywy jakiejkolwiek nagrody (o czym też mówił sam Herbert, powołując się na swojego mistrza Elzenberga). Można przypuszczać, że ryzykowne odniesienie postawy bezradności wobec własnego cierpienia do przemocy pochodzącej z zewnątrz wzięło się z dwuznaczności niemieckiego słowa Leid, które znaczy zarówno ‘cierpienie’, jak i ‘krzywda’ – co w „polityzującej” lekturze wierszy Herberta (a najwyraźniej recenzent ma do niej skłonność) mogło zaowocować takim „czytaniem Herberta przeciw Herbertowi”.

O wiele mniej kontrowersyjne jest za to podsumowanie recenzji Weinricha, który mówi: „Zbigniew Herbert osiągnął w tych wierszach, które Karl Dedecius z okazji pięćdziesiątych urodzin autora zestawił i przełożył jak zawsze z wyczuciem, pełną dojrzałość swej poetyckiej siły wyrazu. Jego Pan Cogito stał się dzięki nim postacią literatury europejskiej”. Jednocześnie Weinrich, jako jedyny niemieckojęzyczny recenzent, podaje możliwych „krewnych” Herbertowskiej postaci: „Dziwiący się jak Platon, obojętny jak stoik, pobożny jak św. Franciszek, przede wszystkim jednak anima candida – tym samym postawimy Pana Cogito [w jednym szeregu] obok Kandyda Woltera, Plume Michaux i – z nieco większym odstępem – również obok Charliego Chaplina w jego najlepszych filmach”.

W przeciwieństwie do Weinricha Kraus uwypukla w swoim tekście motywy nie filozoficzne, lecz kulturowe. Po wspomnianych uwagach na temat genezy zainteresowania Herberta antykiem austriacki recenzent pisze: „Jego znaczenie polega na tym, że pozwala on [nam] odczuć ciągłość kulturową w doświadczaniu dzisiejszych czasów”, dodając zaraz: „Pan Cogito a pop, jeden z wierszy nowego tomu, sugeruje już w tytule otwartość [autora] wobec dzisiejszych zjawisk. Również Pan Cogito a poeta w pewnym wieku i Co myśli Pan Cogito o piekle pozwalają zauważyć tematyczne nawiązanie do typowych znaków współczesności”. My zauważmy z kolei, że oceniając pozytywnie poświęcanie przez Herberta uwagi teraźniejszości, Kraus wymienia tu dokładnie te same wiersze, które von Beckerowi posłużyły za dowód „wywyższania się klasyka nad teraźniejszość”. Przy tak odmiennej ocenie tych wierszy obu recenzentów łączy jednak niedostrzeganie socjalistycznego tła ostatniego z wymienionych utworów. Kraus pisze o nim dość naiwnie: „O piekle Pan Cogito myśli w duchu niezwykle komfortowym. Widzi w najniższym kręgu piekła azyl artystów”, po czym krytyk cytuje fragment tego utworu, w którym – nawiasem mówiąc – chwalony przez niego Dedecius słowo pełnia, odnoszące się do sezonu, tłumaczy jako Vollmond, a więc ‘pełnia księżyca’. Jednocześnie Kraus podkreśla: „Wielką łaską jest talent translatorski Karla Dedeciusa, który poezję Herberta – tu również nieliczne fragmenty prozą – w taki sposób oddaje po niemiecku, że wydają się one napisane w tym języku”. Cóż, może jakości przekładu nie należy oceniać tylko po jego brzmieniu…

Większą przenikliwością wykazuje się za to Kraus w odniesieniu do samego poety. Najpierw, jako jedyny, pisze o jego stosunku do samego siebie – a zatem i Pana Cogito: „Zbigniew Herbert postrzega własną osobę nie bez przyznania swojej clownowatości, która jednak jest formą jego poznania. Nie przecenia on możliwości autora i znajduje w świadomości własnej małości niepewne szczęście podróżnika”. Następnie porównując wiersze z Pana Cogito z wcześniejszymi, z niemieckiego wyboru Inschrift [Napis, ale Dedeciusowsko nietożsamy z wydaniem polskim], austriacki recenzent stwierdza, że „mimo podobieństwa treściowego i formalnego tych wierszy można w nowym tomie zauważyć pewną ewolucję. Zbigniew Herbert stał się twardszy, zwięźlejszy. Nadal jest pod naciskiem metafor, ale są one spięte z rzeczywistością. Przykładem tego jest Przesłanie Pana Cogito, jeden z najbardziej przekonujących, najmocniejszych, najgłębszych utworów Herberta”. W dłuższych wersjach swojej recenzji Wolfgang Kraus pisze na sam koniec, tuż po pochwałach pod adresem Dedeciusa, także bardzo pochlebne słowa o samym Herbercie: „jest jednym z bardzo niewielu żyjących poetów, co do których można przypuszczać, że niektóre z ich wierszy przeżyją nasze stulecie i być może jeszcze dłuższy czas”. Znamienne, że bardzo podobne stwierdzenie zamieścił na końcu swojego posłowia Gerard Rasch, niderlandzki tłumacz wierszy zebranych Herberta (przypadek czy podobieństwo dusz?).

Ostatnią – a zarazem najkrótszą – z dostępnych mi recenzji tomu Herr Cogito jest tekst kolejnego Austriaka, pisarza i krytyka Hansa Heinza Hahnla (1923-2006), który w niemal identycznym brzmieniu (w późniejszej wersji poprawiono literówkę w nazwie wydawnictwa) ukazał się w dwóch gazetach austriackich, najpierw pod tytułem Das Bewußtsein des Steines [Świadomość kamienia], a następnie Lächeln und Selbstzweifel [Uśmiech i wątpienie w siebie]. Tekst zaczyna się od dość zagadkowych stwierdzeń: recenzent nazywa Herberta „być może najczystszym przedstawicielem ewolucji poezji w stronę cechującego się wiarą w świat sceptycyzmu, który formalnie wyraża się w delikatnej rytmice, którą autor co rusz łamie, kwestionuje. Dojrzały mężczyzna prezentuje swoje doświadczenia z uśmiechem i gestem wątpienia w siebie”. Z – zacytowanego niedokładnie – fragmentu wiersza Poczucie tożsamości („Jeśli miał poczucie tożsamości to chyba z kamieniem”) Hahnl wysnuwa wniosek następujący: „człowiek myślący uważa, że tworzy jedność z przyrodą i jest świadom wszystkich swoich zmysłów, ale wie również, że na niczym nie można polegać, nawet na „idei niezmienności” kamienia, a już na pewno nie na wspomnieniach, myślach”. Jasne jest za to ostatnie zdanie recenzji, w którym jej autor wyraża przypuszczenie, że dzięki tomowi Herberta, wydanemu w serii Bibliothek Suhrkamp („czym autor został niejako przyjęty do grona nowoczesnych klasyków”), „ludzie myślący i czujący znowu mogą zagustować w wierszach”.

Podsumowując: niemieckojęzyczne recenzje tomu Pan Cogito różnią się od polskich mniej więcej pięcioma elementami: po pierwsze ich autorzy nie zastanawiają się nad tym, kim właściwie jest bohater tomu – uznając, że za tą postacią kryje się sam poeta (mówi to właściwie każdy z autorów, nierzadko wprost). Nie ma więc tu więc choćby wzmianki o tym, że Pan Cogito to także człowiek współczesny, człowiek myślący lub też everyman, jeden bądź każdy z nas; nie ma też – siłą rzeczy – uwag o zmiennym dystansie między autorem a jego alter ego. Po drugie w recenzjach pisanych po niemiecku nie znajdziemy także (z wyjątkiem tekstu Weinricha) wzmianek o literackich wzorcach Pana Cogito, o czym pisali niekiedy polscy krytycy. Po trzecie tylko jeden recenzent (Kraus, którego recenzja chyba najbardziej przypomina polskie, jeśli pominąć wywrotki dotyczące kościoła w Polsce i piekła u Herberta) dostrzegł wagę Przesłania Pana Cogito – być może niezauważanie jego doniosłości wynika także z faktu, że nie występuje ono w przekładzie niemieckim na eksponowanym miejscu. Po czwarte, co również jest związane z układem tomu, brakuje w recenzjach niemieckich porównywania go do poetyckiego traktatu filozoficznego oraz (znowu rzadkich u nas) dogłębnych rozważań na temat jego przemyślanej struktury – która jednak jest tu zupełnie inna (nie ukryta, lecz ewidentna), nie będąc dziełem autora, tylko tłumacza (i chyba jednak jest mniej przemyślana). I wreszcie po piąte, najmniej typowe, prawie żaden recenzent (znowu oprócz „polonizującego” Krausa) nie zauważył formalnej nowości omawianego tomu – co w polskich recenzjach też nie było zresztą wcale częste.

 

Raport z oblężonego miasta i inne wiersze

Drugim tomem Herberta tłumaczonym – tym razem w całości i bez żadnych dodatków – na język niemiecki był Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze, wydany w Niemczech jako Bericht aus einer belagerten Stadt und andere Gedichte niecałe dwa lata oryginale, pod koniec marca 1985 r. (recenzje zaczęły się jednak pojawiać dopiero w sierpniu). Oprócz integralności przekładu dziwić może także fakt, że kto inny go dokonał: tym razem nie Karl Dedecius (który po Panu Cogito nie tłumaczył już – przynajmniej oficjalnie – wierszy Herberta), lecz mało znany Oskar Jan Tauschinski (1914-1993), Austriak polskiego pochodzenia, który na co dzień był redaktorem technicznym w wydawnictwie książek dla młodzieży, a w wolnych chwilach – na początku w tandemie ze swoją żoną, poetką Helene Lahr (1894-1958) – przekładał polską poezję, głównie tę adresowaną do dzieci. Jego wprawę w tłumaczeniu poezji widać dość wyraźnie w niemieckiej wersji Raportu… – można by wręcz zaryzykować twierdzenie, że – z artystycznego punktu widzenia – dobrze się stało, iż Herbert powierzył tłumaczenie tej książki właśnie Tauschinskiemu (który w znacznym stopniu uwzględnił dyskretną formę rytmiczną zawartych w niej utworów, miejscami nawet kosztem pewnej sztuczności szyku). Niewykluczone, że Dedecius zrobiłby to bardziej po swojemu – i może nie tylko wyraźniej zmodyfikował głos Herberta w jego wierszach, ale i same wiersze przetasował i parę powyrzucał lub pododawał. Jednocześnie jednak pod względem nieartystycznym, czyli powiedzmy rynkowym fakt zmiany tłumacza na o wiele mniej znanego – mimo zachowania tego samego, renomowanego wydawcy – mógł sprawić, że Raport… cieszył się o wiele mniejszym powodzeniem niż Pan Cogito (który doczekał się w 1995 r. drugiego wydania). Jak pisze Violetta Rosinek w artykule dotyczącym recepcji wierszy Herberta w Niemczech, do końca 1992 r. sprzedano zaledwie 636 egzemplarzy Raportu… (z dwutysięcznego nakładu) – dla porównania w przypadku Pana Cogito było to 2636 egz. (z 4-tys. nakładu).

Mniejszą popularność tego tomu widać też trochę po liczbie recenzji. Opierając się tym razem nie tylko na zbiorach wycinków AZH, ale i na materiałach zdobywanych na własną rękę, zdołałem znaleźć jedynie cztery recenzje tego tomu (tu już bez przedruków), z których niestety do jednej nie mogłem dotrzeć. Niewykluczone, że było ich więcej, zwłaszcza w prasie austriackiej, w której ukazało się przecież parę tekstów o Panu Cogito, a teraz powodem zainteresowania tamtejszych krytyków mógł być fakt dokonania przekładu przez Austriaka.

Autorzy wszystkich trzech recenzji zwracają uwagę na polskie odniesienia obecne w niektórych wierszach Raportu… Skupiają się na nich jednak w różnych stopniu, poświęcając im raz mniej, raz więcej miejsca.

Recenzentem, który chyba najbardziej akcentuje tematykę polską w tym tomie, jest szwajcarski polonista (z Uniwersytetu Zuryskiego) German Ritz (ur. 1951). Już na samym początku swego tekstu, zatytułowanego wymownie Berichterstatter der polnischen Tragödie. Zbigniew Herberts „Bericht aus einer belagerten Stadt“ [Sprawozdawca polskiej tragedii. „Raport z oblężonego Miasta“ Zbigniewa Herberta] informuje on czytelnika o roli, jaką odgrywali poeci i pisarze w czasach trudnych dla narodu polskiego, stawiając hipotezę, że „w przypadku ostatniej tragedii być może Herbert stanie się poetą narodu” – bowiem „Żaden inny polski poeta nie jednoczy dziś w sobie tylu symboli narodowych, co Zbigniew Herbert”. Argumentując to twierdzenie, Ritz porównuje Herberta z innymi znanymi polskimi poetami, a także prezentuje jego krótki życiorys. Wspomina tu o debiucie w czasach „odwilży” oraz o tym, że w latach 80., kiedy wiersze Herberta ukazywały się w wydawnictwach podziemnych, „czynniki oficjalne próbowały zapobiec odszczepieniu się tego wielkiego poety poprzez publikację w roku 1982 i 1983 dwóch zbiorów jego wierszy”.

Troska Ritza o zrozumienie przez czytelnika niemieckojęzycznego odniesień do polskiej historii przejawia się w stwierdzeniu, którym recenzent poprzedza swój opis samego tomu: „Ostatni zbiór wierszy, przełożony przez Oskara Jana Tauschinskiego, jest z jednej strony dzięki skłonności autora do narracji, zaangażowanej refleksji politycznej i filozoficznej bardziej przystępny niż wiersze wcześniejsze, jednak z drugiej strony utrudnia czytelnikowi niemieckiemu zrozumienie tekstu przez mocne osadzenie w historii Polski od 1956 r.”. Chcąc naświetlić te sprawy owemu czytelnikowi, Ritz informuje go najpierw o nietypowości dwóch wierszy Herberta pochodzących z roku 1956, a zarazem otwierających nowy tom, które były według niego „zaskakująco pozbawione złudzeń”, i dodaje już bardziej szczegółowo: „Herbert prezentuje w tych wierszach otwarcia również oba sposoby swojego mówienia o tragedii Polski: zamknięty patos oraz ironiczny, racjonalistyczny styl demaskacji pozbawionej efekciarskiej maniery”.

Szwajcarski recenzent pisze następnie o okresie wyznaczanym przez lata podane pod pierwszymi dwoma i ostatnim wierszem w tomie, że staje się on „jedną jednostką doświadczenia”. Stwierdza też, że „tematyka wierszy otwierających tom jest na nowo podejmowana w sześciu ostatnich wierszach go zamykających, których kulminacją jest apokaliptyczny obraz oblężonego miasta. Wydarzenia roku 1956 prowadzą do tragedii roku 1981”.

Wyrażając przy okazji cytowania fragmentów tytułowego wiersza wątpliwość, czy „tragiczne wywyższanie samych siebie, jakie ma miejsce w tych wierszach, nie doprowadzi do nowej, fałszywej mitologizacji polskiego losu, która przesłoni spojrzenie na właściwą rzeczywistość polityczną, podobnie jak w literaturze rozliczeniowej po roku 1956”, polonista z Zurychu wspomina o tym, że tytuł tomu nawiązuje do opublikowanej właśnie w 1956 r. Kroniki oblężonego miasta Mrożka, który poszedł w dokładnie przeciwną stronę niż Herbert. Całe zaś omawianie polityczno-historycznych wątków Raportu… Ritz podsumowuje stwierdzeniem: „Polskiej literaturze na temat wydarzeń po gdańskim Sierpniu brakuje – jeśli pominąć oficjalnego gniota niejakiego Bratnego – odwagi do satyrycznej autoprezentacji”.

Na zakończenie swojej recenzji Ritz podkreśla, że Herbert „jest świadomy niebezpieczeństw, jakie niesie przede wszystkim dla niego jako poety literatura politycznie zaangażowana”, czego dowodem ma być cały środek tomu, zawierający oprócz przypowieści zaczerpniętych z historii, będących innym ujęciem dominującej tematyki, także „wiersze programowe”, co szwajcarski recenzent ilustruje cytatami z utworu Do Ryszarda Krynickiego – list. W tej części środkowej poeta – zdaniem Ritza – „próbuje, przynajmniej w utopijnej formie, wyjść poza »ramy«, w których musi powstawać jego poezja”.

O tym, co mieści się wewnątrz ram okalających Raport…, mówi więcej inny jego recenzent, niemiecki pisarz i literaturoznawca Harald Hartung (ur. 1932), w tekście Nur unsere Träume sind nicht gedemütigt. Zbigniew Herberts „Bericht aus einer belagerten Stadt und andere Gedichte“ [Tylko sny nasze nie są upokorzone. „Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze“ Zbigniewa Herberta]. Wprawdzie i on – po ogólnych uwagach na temat poezji Herberta (z naciskiem na kwestię wyobraźni), a następnie przedstawieniu okoliczności jego debiutu i wydania najnowszego tomu oraz powrotu autora do kraju (z podaniem błędnej informacji ze skrzydełka książki, jakoby mieszkał on pod Warszawą) – wyjaśnia znaczenie lat umieszczonych pod „ramowymi” wierszami, a zarazem parokrotnie podkreśla polskie tło wierszy Herberta – nie tylko Raportu… („to nie tylko parabola, lecz [także] dosłowna prawda” i „jest to doświadczenie polskiej historii”), ale i całej twórczości poety (zdaniem recenzenta nie należy zapominać, że „wiele jego wierszy jest parabolami o polskiej rzeczywistości”). Jednak po drugim z omawianych wierszy, Ze szczytu schodów, zawierającym ostrzeżenie przed rewolucyjnymi złudzeniami, Hartung zamieszcza komentarz: „Mówi tu nie zwolennik polityki realnej, który z oportunizmu wzywa do umiaru, lecz poeta, który ze swojej wyobraźni chciałby uczynić »narzędzie współczucia« – współczucia, które obejmuje także »zaciśnięte usta« ludzi będących u władzy”, a tuż potem zauważa: „Tego poetę Herberta można by przez zaangażowaną paraboliczność i otwartą krytykę nawet przeoczyć. Teksty dające się interpretować politycznie, które są klamrą spinającą tom, obejmują również trzy dekady polskich nadziei i porażek. Ostatni wers tomu „i tylko sny nasze nie zostały upokorzone” wskazuje na to, co jest poza jawną treścią polityczną. Wolny, nie upokorzony sen jest czymś więcej, jest człowieczeństwem i poezją”. A więc – zdaniem recenzenta – „nie można nie zauważać zakończenia tytułu książki: …i inne wiersze”. Co ciekawe, o tych ponadpolitycznych, ludzkich treściach, Hartung mówi także przy okazji wierszy jak najbardziej politycznych, np. tytułowego Raportu… Komentując zakończenie utworu Pan Cogito – powrót, odniesionego do życia poety, niemiecki recenzent pisze: „Zza maski Cogito osobisty głos mówi o cierpieniu, tęsknocie za ojczyzną, opanowaniu. Również w innych wierszach tomu poeta wierzy w to, że za wszelkimi maskami i postaciami widać cierpiącego człowieka – a nie tylko prywatną jednostkę. Najpiękniej i najbardziej poruszająco udaje mu się to wyrazić w Raporcie z oblężonego Miasta, tytułowym wierszu zbioru”.

Ludzkim akcentem Hartung zamyka także swoją – bez wątpienia wyważoną w wymiarze „lokalność–uniwersalność” – recenzję, komentując fragment wiersza Pan Cogito o potrzebie ścisłości zdaniem: „Ta zaprawdę ludzka »ścisłość« wynika z tego, że mimo wszystko jesteśmy »stróżami naszym braci« i o żadnym z nich nie możemy zapomnieć: […]. Przypominają nam o tym wiersze Zbigniewa Herberta”.

Jeszcze dalej w stronę tego, co wykracza poza wymiar polityczny Raportu…, idzie autorka trzeciej, ostatniej z dostępnych mi recenzji tego tomu, niemiecka literaturoznawczyni i slawistka (rodem z przedwojennego Szczecina) Elsbeth Wolffheim (1934-2002). W tekście praktycznie bez tytułu (bo opatrzonym tylko tytułem zbioru), w dziale recenzji renomowanego austriackiego periodyku Literatur und Kritik, recenzentka informuje wprawdzie – jak Hartung – swoich czytelników o fakcie wydania tomu w wydawnictwie emigracyjnym oraz o tym, że oblężone miasto to „dzisiejsza Warszawa w stanie wojennym”, podkreśla też, że „tytuł [zbioru] należy jednoznacznie postrzegać jako sygnał polityczny”. Uderzając przy tym w bardzo dramatyczne tony (łącznie z błędną informacją, jakoby Herbert „konsekwentnie odmawiał opublikowania choćby jednej linijki w oficjalnych polskich wydawnictwach”), zwraca jednak – znowu identycznie jak jej rodak Hartung – uwagę na ostatni wers tomu: „[Raport…] przywołuje jednak również obrazy ze współczesnej Warszawy, które są naznaczone głodem, biedą, oporem i obawą przez denuncjacją. Ale podmiotowi lirycznemu i jego uciśnionym towarzyszom życia pozostaje jedna pociecha: »sny nasze nie zostały upokorzone«”. I Wolffheim dodaje: „O takich snach traktuje duża część tych wierszy i tylko bardzo nieliczne są w gruncie rzeczy wierszami politycznymi. W wielu z nich Herbert – jak nas do tego przyzwyczaił – śpiewa swój »hymn na cześć życia«. Jego różnorodność uosabiają rzeczy bardzo niepozorne: fala, gałąź, kawałki greckiej kolumny”. Po zilustrowaniu tych twierdzeń fragmentem Modlitwy Pana Cogito – podróżnika i skomentowaniu go słowami „Tak więc podmiot liryczny, występujący często pod bogatym w odniesienia nazwiskiem Pana Cogito, czuje się wciąż włączony w naturalny obieg tego, co niezmienne”, niemiecka recenzentka wraca wszakże do spraw polskich: „Czuć jednak w tym tomie, że dźwięki, jakie wydaje świat i przyroda, są coraz mniej słyszalne. Wynika to z faktu, że przygnębienia, jakie Herbert odczuwa z racji tragicznego losu swojego narodu, nie można już pogodzić z prostym planem przyrody, z »porządkiem rzeczy«”. Mimo to siłę zdolną stawić opór ma jeszcze język – o tej nadziei poety zdają się przekonywać zdaniem Wolffheim fragmenty wiersza Do Ryszarda Krynickiego – list. I dlatego wiersze Herberta są „czymś więcej niż tylko pięknie ukształtowanymi tworami wziętymi ze świata i metaświata, z melancholii i głodu piękna – są także świadectwem buntu”. Siłę do tego buntu Herbert czerpie z mimo wszystko niezamilkłego „hymnu na cześć życia, dlatego będziemy te wiersze zrodzone z wewnętrznego oporu nadal czytać z wielkim poruszeniem”. W podobnym tonie, kładąc nacisk na ów Loblied des Lebens (u Herberta „pochwała życia” z wiersza Fragment wazy greckiej), wypowiada się Wolffheim w tekście Über die «einfache Ordnung der Natur». Ein Porträt des polnischen Dichters Zbigniew Herbert [O „prostym porządku przyrody“. Portret polskiego poety Zbigniewa Herberta], który w dużej mierze poświęcony jest Raportowi…, nie wydanemu jeszcze wówczas po niemiecku.

Podsumowując: niemieckojęzyczne recenzje Raportu z oblężonego Miasta – po jednej z każdego z trzech krajów (ale bez głosu austriackiego) – z jednej strony mówią wyraźnie o tym, co lokalne i aktualne w tym tomie, czyli o polskim hic et nunc, a z drugiej – poruszają także wątki wykraczające poza wymiar polityczny czy choćby tylko historyczny tego najbardziej chyba „zaangażowanego” – jak by się powiedziało po niemiecku – zbioru wierszy Herberta. Akcent położony na tę drugą, bardziej uniwersalną i ponadczasową, słowem ogólnoludzką tematykę jest różny w zależności od tekstu – najsilniejszy u Wolffheim, najsłabszy u Ritza – zawsze jest jednak o tym wymiarze mowa. I tym różnią się te recenzje od ich polskich odpowiedników, w których ze zrozumiałych względów dominowały, a niekiedy rządziły niepodzielnie sprawy polityczne (a jeśli już była mowa o czym innym, to częściej o stosunku piękna do prawdy na przykładzie wiersza Do Ryszarda Krynickiego – list niż o zachwycie nad światem, jaki przebija z Modlitwy Pana Cogito – podróżnika). Recenzenci z Niemiec i Szwajcarii chcieli jednak dostrzec w wierszach z tego tomu także to, co im wydawało się bliższe, „pochwałę życia” (Wolffheim) czy – przeciwnie – pochylenie się nad indywidualnym cierpieniem (Hartung), i to nawet w utworach (np. tych opatrzonych latami), które można zaliczyć do wierszy „politycznych” – między innymi oczywiście.

 

Rovigo

Opublikowany pod koniec sierpnia 1995 r., a więc ponad trzy lata po polskim oryginale niemiecki przekład Rovigo był dziełem Klausa Staemmlera (1921-1999), trzeciego tłumacza tomów Herberta na język „kraju poetów i myślicieli”. W przeciwieństwie do Oskara Jana Tauschinskiego Staemmler przekładał już wcześniej twórczość Herberta – tyle że nie poezję, a prozę: fragmenty niemieckiej wersji Barbarzyńcy w ogrodzie (akurat – z jednym wyjątkiem – nie te eseje, które znalazły się w wydaniu oryginalnym) oraz – rok przez niemieckim Rovigo – całą Martwą naturę z wędzidłem. Przekład Staemmlera był bardzo dobrze oceniany przez recenzentów, ponadto autor i tłumacz w 1997 r. dostali za tę książkę Nagrodę w dziedzinie Poezji Europejskiej przyznawaną przez miasto Münster.

Recenzji niemieckiej wersji Rovigo było co najmniej pięć, ogłoszonych tym razem bardzo szybko, ale tylko w prasie niemieckiej (cztery) i szwajcarskiej (jedna). Teksty te łączy kilka cech: po pierwsze wszyscy recenzenci chwalą tłumaczenie, siłą rzeczy opierając się niemal zawsze tylko na nim samym (co jest dość ryzykowną podstawą oceny), choć jeden recenzent, Karl-Markus Gauß, wypowiadający się najszerzej o przekładzie, porównywał go – przynajmniej miejscami – z oryginałem. Po drugie również wszyscy autorzy tych tekstów piszą o formie wierszy, czy to punktowo i/lub ogólnikowo (jak Sybille Cramer, Jürgen Theobaldy i wspomniany Gauß), czy też bardziej całościowo i dogłębnie (pozostali dwaj recenzenci); nieco złośliwie można by powiedzieć, że dopiero teraz krytycy niemieckojęzyczni raczyli ją zauważyć. Po trzecie – piszą oni o polskim tle niektórych wierszy (u niemal wszystkich recenzentów Guziki i/lub Wilki), uwzględniając też wątki autobiograficzne. Po czwarte stosunkowo często (bo dwukrotnie) omawianym wierszem jest Mitteleuropa – o którym w polskich recenzjach mało kto wspominał, a jeżeli już, to tylko podając go jako przykład wierszy regularnych, a zarazem ironicznych. I wreszcie po piąte czterech recenzentów (wszyscy mężczyźni) zauważa fakt cienkości zbiorku – co tym razem było częste również w krajowych recenzjach.

Niemiecka eseistka i krytyczka Sybille Cramer (ur. 1941), wyróżniająca się w gronie recenzentów Rovigo płcią, wyróżnia się także formą swojego tekstu, zatytułowanego Gleich einem denkenden Stein. Ein Sokratiker und die Kraftlinien seines Lebens: Zbigniew Herberts Gedichtband „Rovigo“ [Niczym myślący kamień. Sokratejczyk i linie sił jego życia: Tom wierszy Zbigniewa Herberta „Rovigo”]. Forma ta jest zdecydowanie bardziej poetycka niż u czterech pozostałych autorów (niestety negatywną stroną owej poetyckości jest niejasność czy nielogiczność niektórych sformułowań). Co się tyczy treści, Cramer, stwierdzająca na samym początku, że poeta „dokonuje podsumowania swojego życia”, dopatruje się – być może nawet zbyt często – tła autobiograficznego w wierszach analizowanego tomu – na czele z Życiorysem, który komuś, kto choć trochę zna biografię poety (choćby tylko z przedmów Dedeciusa), będzie do niego pasował jak – nie przymierzając – życiorys przedstawiony w Chodasiewiczu do jego rzekomego bohatera. Recenzentka pisze: „Z materiału swojego życia, na którym odcisnęła piętno polska historia tego wieku i udział w ruchu oporu, [Herbert] destyluje walkę o osobistą suwerenność, dającą się przełożyć na skalę narodową. Na końcu, gdy jego spojrzenie wokół zamienia się w spojrzenie wstecz, ów autoportret nabiera bardziej wyraźnych rysów ukrzyżowanego przez »miejsce i czas«”. Elementy tego autoportretu Cramer dostrzega także w wierszu adresowanym do Henryka Elzenberga oraz w Książce, której zakończenie skłania recenzentkę do zagłębienia się w pewien aspekt biografii Herberta, znany jej zapewne z przedmów Dedeciusa: „Przyznawanie się do bogobojnego racjonalizmu ma swoje źródło w historii jego dzieciństwa i młodości, na które wpływ miała opozycja ojcowskiej wiary w rozum i pobożności babki Ormianki”. Po czym Cramer dodaje: „Ale to nie fakty biograficzne interesują piszącego – jego uwaga skupia się na głównych składnikach i siłach sprawczych własnej egzystencji”. I tak „Jeden po drugim wznoszone są duchowo-moralne i artystyczne filary jego życia. Gotowa hala kolumn pozwala rozpoznać szczegóły: lata pracy, emigrację, walkę w podziemiu – jednak Herbert obywa się w zupełności bez zwyczajowego obnażania siebie. Z mętnej autobiograficznej mikstury zmyślenia i prawdy zostaje prawda”.

W swojej recenzji Cramer nie poprzestaje na szczęście na tropieniu wątków osobistych. Wypowiada się także metaforycznie o sztuce poetyckiej Herberta: „Za trwałość słowa w warsztacie Herberta odpowiada tygiel, który w świetle pytań zasadniczych stapia tak skrajne przeciwieństwa jak własne doświadczenie i historia wiedzy oraz hartuje materiał życia w połączeniu z historią”. I dalej: „Wiersz jest dziełem wyjątkowego syntetyka, który poprzez pełne napięcia wewnętrzne powiązania łączy samodzielne elementy składowe w ujmująco prosty organizm liryczny. W racjonalnym świetle jego języka wiersz – przy znacznym bagażu znaczeniowym – zyskuje świetlistą cielesność. Można by to nazwać filozofią sztuki, gdyby owo pojęcie zamiast do teorii prowadziło do otwartego życia”.

Cramer zauważa również, że Herbert „wiąże wiersze z rzeczami i ludźmi. Większość utworów nazywa rozmówcę w dedykacjach i osobistych apostrofach. Wierszowi hermetycznemu, który działa jak rozpuszczalnik na swój materiał, Herbert przeciwstawia materiał wybuchowy, który powstaje w dialogu ze światem i człowiekiem. Jego wiersze są argumentami filozofa życia – i są bardzo przywiązane do konkretu”. Stwierdzenie to skłania autorkę do wzmianki o wierszu Guziki (i przy okazji wyjaśnienia, co znaczą przedmioty podane w tytule), a następnie do rozważań na temat utworu tytułowego, wprowadzonych zdaniem „Herbertowska sztuka pamięci opowiada się za najbardziej ulotnym, bezimiennym życiem. To jemu stawia on pomniki o klasycznym pięknie, choć z klasykami nie ma nic wspólnego”. W Rovigo, „arcydziele przeciętności” niemiecka recenzentka widzi „zwieńczenie intelektualnej biografii poety”, zaś w przelotnym widoku stacji dostrzega „uosobienie najbardziej nieważnego życia”. Z kolei cały wiersz jest dla niej „manifestem wyjątkowego artysty języka, który w prostych słowach pełnych piękna mówi prawdę. A prawdziwa jest według niego groza”.

W innym tonie wypowiada się o Rovigo niemiecki pisarz, tłumacz i krytyk Dirk Schümer (ur. 1962), autor recenzji Apostel auf Dienstfahrt. Zbigniew Herberts stille Dichtkunst scheut das Pathos nicht [Apostoł w podróży służbowej. Cicha poezja Zbigniewa Herberta nie boi się patosu]. Porównuje on na początku „cienki tomik” Herberta z opasłymi tomiszczami ówczesnej jesieni, w których mowa jest o „problemach historii, narodu i jedności” (porównań z sytuacją w Niemczech będzie w tym tekście jeszcze dużo). W przeciwieństwie do tego „rozległego pola”, „Zbigniew Herbert uprawia swoje z wahaniem, cicho i ze stosownym sceptycyzmem, czy jego poezja w tych prozaicznych czasach w ogóle jeszcze do kogoś dotrze”. Pisząc następnie o tytułowym wierszu, Schümer dochodzi do wniosku, że „Być może w społeczeństwie, które jest spragnione już tylko tego, co spektakularne, szczególne, wiersz jest odpowiednim medium, by mówić o sprawach powszednich i prywatnych – a sprawy powszednie są właśnie zazwyczaj niespektakularne”. Następnie recenzent skupia się na formie wierszy z Rovigo: „Jak oprócz niego chyba tylko Hans Magnus Enzensberger [jeden z najbardziej znanych współczesnych poetów niemieckich – przyp. MS] Zbigniew Herbert wygnał ze swojej poezji wszelkie wysokie tony. Ponad podziałem wersów i strof posługuje on się powszednią tonacją refleksyjnej, kulturalnej rozmowy. Herbert uzyskuje tę opanowaną lakoniczność również poprzez niemal całkowitą rezygnacją z interpunkcji”. Podając jako przykład wiersz Widokówka od Adama Zagajewskiego, Schümer stwierdza, że „właśnie te ćwiczenia stylu” – takie jak widokówka, krótki tekst prozą, wiadomość czy formalny życiorys – „okazują się najlepszymi wierszami”. Przecząc następnie swoim stwierdzeniom o braku wysokich tonów w poezji Herberta, niemiecki recenzent pisze: „Drobne formalne triki maskujące należą do jego strategii poetyckiej; nadają one jego poezji pewną zawiłość, jaka cechuje również eleganckie maniery tego mieszczańskiego Polaka, który wita kobietę pocałunkiem w rękę. Nawet jeśli nie jesteśmy już wytwornymi paniami i panami, to zwyczaj ten mówi: dzięki fikcji żyjmy chociaż nieco przyjemniej. To samo odnosi się do wierszy. Jeśli dają one pierwszeństwo ambitniejszym formom mówienia, zachowują przynajmniej swoją godność”. Z kwestią wyszukanych form wiąże się również patos, którego – zdaniem Schümera – Herbert się nie boi, jeśli jest on na miejscu „i właśnie dlatego, że jest otoczony opowiastkami o rzeczach niespektakularnych, taki wiersz wydaje się trwalszy” – jak np. utwór Wilki, cechujący się regularną strukturą (recenzent sugeruje przy tym, że przypis zamieszczony przez tłumacza jest niepotrzebny, a jednocześnie błędnie pisze, że „jest tu mowa o partyzantach walczących z nazistami”). I wreszcie prawie na końcu swojej recenzji Schümer wraca znowu do polskości Herberta, która tłumaczy jego zdaniem wspomniany brak lęku przed patosem: „To, że Herbert – tak jak w swoim całym, coraz łagodniejszym i przepełnionym rezygnacją dziele – nigdy nie zakazywał sobie uroczystego tonu, związane jest z jego narodowością, której po tym mającym światowe obycie europejskim gawędziarzu normalnie nie widać. Jednak Herbert pochodzi z kultury, w której poeta nie został jeszcze jak u nas zastąpiony poetą-performerem, w której można jeszcze – choć rzadko – usłyszeć, jak ludzie toczą wielogodzinne dyskusje o poezji i w której poeci nadal mogą wypowiadać decydujące słowo”. Na dowód tego niemiecki krytyk pisze: „Poeta, który pięknym kobietom swego życia składa nostalgiczny hołd (Przysięga), który się ostro wadzi z kościołem katolickim (Homilia) albo stylizuje swoje outsiderstwo (Obłoki nad Ferrarą), mógł te wiersze napisać tylko jako Polak”. Schümer zadaje sobie następnie pytanie, czy w materialistycznych Niemczech kiedyś będzie możliwe „pisanie jak Zbigniew Herbert o bohaterstwie i o miłości, o przodkach i o wierze znowu inaczej niż w cudzysłowie”, choć – zdaniem niemieckiego recenzenta – jednocześnie można przewidzieć, że „koniec tłumienia słowa również z poezji Europy Wschodniej uczyni program mniejszościowy”.

Na samym końcu swej recenzji Schümer udatnie parafrazuje tytułowy wiersz tomu: „Rovigo jest cienkim tomikiem. Nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jest arcydziełem przeciętności. A jednak zawiera bardzo dużo. Dwadzieścia sześć wierszy”.

Autor kolejnej, trzeciej recenzji, austriacki eseista i krytyk (redaktor naczelny renomowanego periodyku Literatur und Kritik) Karl-Markus Gauß (ur. 1954), także porusza polskie wątki obecne w Rovigo. Już sam tytuł jego tekstu – Den Toten getreu. Zbigniew Herberts Gedichte „Rovigo“ [Wierny zmarłym. Wiersze Zbigniewa Herberta „Rovigo”] – odsyła nie tylko do wiersza Wstyd, ale i sygnalizuje ciągłą pamięć Herberta o tych, którzy odeszli. Liczące zaledwie 26 wierszy Rovigo, prezentuje zdaniem Gaußa wprawdzie „całe spektrum poezji Herberta”, ale recenzent skupia się przede wszystkim na tych „mocnych [niem. bezwingend, dosł. ‘pokonujący’, tu najprędzej ‘przekonujący’] wierszach”, które „opierają się na »etyce wierności«, wobec której autor czuje się zobowiązany od swoich najwcześniejszych publikacji”. Gauß zauważa, że tak jak w młodzieńczej twórczości Herberta, tak i w utworach pisanych na starość znaleźć można wiersze poświęcone ofiarom ostatniej wojny: „bezimiennym bojownikom ruchu oporu” i „pomordowanym w Katyniu”. Recenzent austriacki, który jako jedyny najbardziej konkretnie pisze o samym przekładzie (bo porównywał go z oryginałem), nie tylko wspomina o tym, że „na żaden inny język ten cieszący się światowym uznaniem autor nie jest tak szybko przekładany jak na niemiecki” i chwali tłumacza za to, że przekłada on „z rozsądkiem, wyczuciem i pewnością siebie”, ale i podaje przykład jego rozwiązań zaczerpnięty właśnie z wiersza traktującego o mordzie katyńskim: „Tam, gdzie w polskim oryginale mowa jest o »białoruskim lesie« [gwoli ścisłości: o »smoleńskim lesie« – przyp. MS], który u nas każdy może inaczej rozumieć, tłumaczy on go od razu nazwą »Katyń«, miejscem owej masakry, której dokonało na polskich oficerach KGB i o której w Polsce każdy przy takim sformułowaniu myśli”.

Gauß – świadomy najwyraźniej głównych cech Herbertowskiej poezji – pisze również, że poeta przywołuje ponadto grecki antyk (a sama Grecja jest „obecna w twórczości tego poety doctusa tak jak historia kultury Włoch, Francji, Anglii i Holandii”), co jednak jest równie mało prawdziwą informacją w odniesieniu do Rovigo, jak następujące chwilę później zdanie, że poezja Herberta – w porównaniu z twórczością innych znanych polskich poetów – „jest najsłabiej zakorzeniona w specyficznie polskiej tradycji i najbardziej zdecydowanie przyswoiła sobie różnorodne dziedzictwo kultur europejskich”. Stanisław Barańczak nazwałby to zapewne typowym uproszczeniem zagranicznego krytyka.

Recenzent dostrzega w Rovigo także inną stałą cechę twórczości poetyckiej Herberta, jaką jest ironia. Jako przykład jej użycia podaje wiersz Mitteleuropa, wspominając przy okazji znowu o kwestiach przekładowych – a konkretnie o tym, jak tłumacz oddał obecne w oryginale „niezbyt poprawne, lekko nietrafione rymy”. I wreszcie na koniec Gauß pisze o wierszu tytułowym, w którym Rovigo „skłania autora do egzystencjalnej, lirycznej wypowiedzi o sobie”.

Autorem czwartej recenzji Rovigo jest niemiecki pisarz i krytyk Jürgen Theobaldy (ur. 1944). Jego tekst, zatytułowany Erinnerungen an Begegnungen, denen keine Zukunft beschieden war. Neue Gedichte des polnischen Lyrikers Zbigniew Herbert: „Rovigo“ [Wspomnienia spotkań, które nie miały przyszłości. Nowe wiersze polskiego poety Zbigniewa Herberta: „Rovigo”], wyróżnia się już na początku twierdzeniem, że Rovigo jest wyraźną kontynuacją dotychczasowej twórczości poetyckiej Herberta: „Nic nowego – powiedzieć tak o pisarzu, który wydał dotąd pół tuzina tomów wierszy, a potem przynajmniej niemieckim czytelnikom kazał czekać dziesięć lat na następny tom, znaczy w przypadku Zbigniewa Herberta tylko tyle, że ten polski pisarz i eseista zachował swoje umiejętności bez uszczerbku. Obecne, jednak nowe wiersze bez trudu nawiązują pod względem tonacji i tematyki, dystansu wobec gier słów i retoryki do ostatnich u nas publikowanych zbiorów”. Przypominając widoczne również w nowym tomie przekonanie Herberta, że „poezja we wszystkich swych ambitnych próbach zawsze stara się dotknąć rzeczywistości”, jak też przyświecający poecie cel czerpania z zajmowania się historią „uniwersalnego współczucia”, Theobaldy zauważa, że w Rovigo – i to „w dwóch spośród najmocniejszych wierszy” – znowu pojawia się Pan Cogito, „dyskretnie zajęty własnymi wspomnieniami”. Krytyk dostrzega – jak niemal wszyscy inni recenzenci – szczupłość tomu, jak również zwraca uwagę na fakt, że autor spogląda w nim wstecz: „Rovigo stało się lub pozostało cienkim tomikiem i przywodzi na myśl późne żniwo: osobiste świadectwa także rozprawiania się z przyjaciółmi i rzeczami zaprzepaszczonymi, z pozostawieniem za sobą walki o przemyślaną formę, z rzadką odrobiną samozadowolenia ze zwycięstwa nad rozemocjonowaniem lat rzadziej z nadmiernym cieniem pewności kontynuowania klasycznego już dzieła. Przebłyskuje tu patos, lekko jedynie, ponieważ jest tłumiony wstydem autora, że nadal ma rację, że doświadczył prawdy lub po prostu – żeby nie powiedzieć: nawet – szczęścia. Jest to patos odwołania, zrozumienia logiki zdarzeń minionych, które jest bliskie zgody, ale nigdy nie jest nią w pełni. Herbert pisze raczej z cichego przekonania kogoś, kto nie chce podważać swoich korzeni, bo by upadł, ale kto właśnie tej niewypartej prawdzie patrzy w oczy, umiejąc uniknąć tego upadku”, co Theobaldy ilustruje zakończeniem wiersza Do Piotra Vujičića. Herberta ma cechować w Rovigo skłonność do „paradoksu, niejako dialektyki bez pogodzenia, przy pomocy której stara się on ująć całe życie”. Poeta nie potrzebuje już tego pogodzenia i nie śpieszy się, jako że „w sprawach ducha najgorszą rzeczą jest pośpiech”. Owego pośpiechu – zdaniem krytyka – rzeczywiście nie widać, dostrzec można za to „pamięć o tych, którzy nie mogli z nim dzielić takiego doświadczenia”. Ponadto „Z późnych 26 wierszy Herberta można się być może dowiedzieć, czym jest dojrzałość: mimo akceptacji biegu zdarzeń na świecie pozostać niepogodzonym, jednak bez popadania w gorycz, mieć oparcie w pewności, że przynajmniej ci, których się brało i bierze za wzór, nigdy się nie poddali”. Mówiąc o żegnaniu się z nimi i przytaczając następnie zakończenie wiersza Pan Cogito na zadany temat: „Przyjaciele odchodzą”, Theobaldy zwraca uwagę na cechujące poetykę Herberta odwlekanie pointy: „Nic nie wydaje mu się mniej godne osiągnięcia niż szybka pointa”. Poeta pisze tak, jakby miał do niej zaraz dojść, ale jej unika i idzie dalej. W kontekście pożegnań krytyk zauważa: „Herbert tak kształtuje owe pożegnania, że tych, z którymi się żegna, przywołuje do własnego życia: bojowników ruchu oporu w równym stopniu jak rozstrzelanych polskich oficerów z Katynia, którzy na czas wiersza i jego echa zaludniają głowy czytelników”. Takie przywoływania „mogą się również odrywać od przygnębiających wydarzeń”, np. w wierszu Przysięga, w którym podmiot liryczny, tożsamy niewątpliwie z poetą, wspomina nieoczekiwanie ujrzane kobiety. „Takie ulotne momenty zwiększają znacznie pewność siebie, a jednak są zarazem dowodem spotkań, które nie miały przyszłości”. Podobnie jak było w przypadku miasta Rovigo, które pod koniec życia „staje się nagle metaforą niespełnionej tęsknoty – za czym?” Recenzent twierdzi, że za dwukrotnym przywołaniem Rovigo kryje się „przeczucie, że życie – jak by nie było intensywne – zachowuje niezaspokojoną resztę, ponieważ samo oczekiwanie jest życiem. Dobrze temu lub tej, którzy mogą podstawić spełnienie za oczekiwanie. Twórczość Herberta powinna chronić swojego autora przed zazdroszczeniem tego innym”.

Ostatnią, piątą recenzją Rovigo jest tekst niemieckiego eseisty i krytyka Rolfa Michaelisa (ur. 1933) zatytułowany Die Wahrheit? Das Grauen. Das Normale als Besondere preisen: Zbigniew Herberts Gedichtband „Rovigo“ [Prawda? Groza. Wychwalać normalność jako coś szczególnego: tom wierszy Zbigniewa Herberta „Rovigo“]. Recenzja ta jest najdłuższa ze wszystkich, ale zarazem być może najciekawsza – także dla polskiego czytelnika. Początkowe wątki tego tekstu są podobne do tych, jakie znajdziemy w omawianym wyżej artykule Dirka Schümera: Michaelis nazywa nowy tom Herberta „jedną z cichych, ale dlatego tym potężniejszych książek w hałasie opasłych cegieł wydanych tej jesieni”, wspomina też o rezygnacji autora ze stosowania przecinków oraz o „czasami prawie trącącym niedbałością tonie parlando”, którym Herbert „uwodzi” niemieckich czytelników. Inna jest tu jednak interpretacja użycia tych środków i inne są kontynuacje tych spostrzeżeń: w zaniechaniu interpunkcji Michaelis widzi czynnik zmuszający czytelnika – podobnie jak tego z wiersza Książka – do uważnej lektury, by nie „łączyć ze sobą tego, co nie jest powiązane”. Z kolei pisząc o sposobie mówienia Herberta, krytyk precyzuje: „Szybko się jednak zauważa, jak przemyślana jest struktura tych pozornie „gadanych” wierszy – w powtórzeniach słów, w usytuowaniu ich na początku i na końcu wersu, harmonii dźwiękowej, antytezach lub w dostojnych, sprawiających wrażenie niemal rytualnych triadach – co jest nieprzypadkowe u tego znawcy antycznego świata, także jego retoryki”. Między innymi w owych „trójkach” Michaelis dostrzega wyraźnie piękno wierszy z Rovigo, w których poeta rezygnuje z rymów, podając jednak za przykład tego piękna fragment rymowanej Homilii, „gniewnego wiersza skierowanego przeciwko „klechomanii” w polskiej ojczyźnie Herberta” (jest to zresztą jeden z dwóch zaledwie polskich akcentów w tej recenzji).

Niemiecki dziennikarz wspomina następnie o wierszu tytułowym, będącym „niejako »summą« tomu, znacząco umieszczoną na końcu”, który ma sugerować „monotonię ludzkiej codzienności”. Kolejną odsłonę „(rzekomo) prozaicznego, potocznego tonu” Michaelis widzi w wierszu Widokówka od Adama Zagajewskiego, którego fryburskie tło (zdjęcie anioła z katedry) szczegółowo opisuje i w którym dostrzega przejście poety do mówienia o sprawach życia i śmierci – „głównej tematyki wszystkich 26 wierszy tomu”. Uspokaja jednak przy tym czytelnika: „Nie obawiajmy się jednak litanii z mszy żałobnych ani epistoł z memento mori. Na to ten sceptyk z Polski za bardzo jest zakochany w życiu”, czego dowodem ma być fragment wiersza Przysięga.

Zauważywszy przy okazji wzmianki o Życiorysie, że wiele wierszy z omawianego tomu mogłoby nosić taki właśnie tytuł, Michaelis – mówiąc o wierszu Pan Cogito na zadany temat: „Przyjaciele odchodzą” – zwraca następnie uwagę na dające do myślenia występowanie tego samego ciągu samogłosek (o-i-o) w słowach Cogito i Rovigo, podejrzewając, że Herbert zamierzył tu jeszcze jedno skojarzenie – ze słowem stoico, „stoikiem, przyjmującym z opanowaniem los i śmierć »artystą życia«”. Śmierć jest tu bowiem obecna w postaci różnych, metaforycznych określeń, a Pan Cogito wydaje się jej nie tyle sprzeciwiać, co ją akceptować jako część życia. Jednocześnie „tom ten charakteryzuje trzeźwe spojrzenie na świat, życie, człowieka: w świecie, który również w literaturze ulega bełkotowi reklamy, głosi on pochwałę normalności jako czegoś szczególnego, czemu należy się uwaga”.

Niemiecki recenzent wspomina jeszcze m. in. w komentarzu do wiersza Mademoiselle Corday, a następnie Do Czesława Miłosza o drugiej – oprócz „mocno antykatolickiego wiersza Homilia – sprawie związanej z polskością autora: „Moralista, który tu mówi, przez całe lata niepożądany, wręcz zakazany w Polsce Ludowej, opowiada się za wyraźnym rozgraniczeniem dobra i zła”. Natomiast w finale swojego artykułu Michaelis pisze o całym tomie: „26 wierszy na 59 stronach – szybko się przeczytało? Im dłużej się czyta, wraca do poprzednich wierszy, odkrywa powiązania między nimi, tym obszerniejszy staje się ten tom”. Krytykowi podobają się takie korespondencje jak przemiana chóru z wiersza Homilia w chór odprowadzający Pana Cogito w utworze traktującym o odchodzeniu przyjaciół, a także „jeszcze piękniejsza przemiana ideologii w miłość” za sprawą słowa verwandeln (w oryginale raz zmienić, a raz odmienić) występującego w niemieckim Rovigo najpierw w Życiorysie, a potem w Przysiędze, „wierszu miłosnym tego tomu”.

Tytułem podsumowania: niemieckojęzyczne recenzje Rovigo różni od ich polskich odpowiedników bardziej to, czego nie zawierają, niż to, co w nich występuje. W tych ostatnich nie zdarzały się omówienia wiersza Mitteleuropa, częste były za to komentarze np. do Chodasiewicza – który z dość oczywistych względów nie interesował szczególnie recenzentów przekładu niemieckiego; jeżeli wspominali oni o polskich wątkach, to tych najważniejszych, jawnych – obecnych w wierszach Wilki i Guziki (nikt nie pisał np. o casusie wiersza Pacyfik III). Mniej zrozumiały jest za to brak zaakcentowania tematów cierpienia i samotności, pojawiających się przecież w kilku wierszach z Rovigo i poruszanych przez wielu polskich krytyków (zapewne gdyby recenzenci orientowali się w biografii autora, zwróciliby na te sprawy uwagę). Dziwi też rzadkie (tylko u Cramer) wspominanie o tym, że większość wierszy ma konkretnych adresatów – w polskich recenzjach fakt ten zauważała ponad połowa recenzentów (przyczyną milczenia może być znowu niewiedza ich zagranicznych odpowiedników – wypadałoby im uronić parę słów o owych adresatach, co w niektórych przypadkach nie byłoby zresztą wcale trudne – ale może nie chcieliby się oni tak zagłębiać w polskie personalia?). Rzadko jest też mowa o śmierci (tylko u Theobaldy’ego i Michaelisa), o żegnaniu się ze światem (u tego pierwszego), o podsumowywaniu życia (jedynie u Cramer). Znamienny – i znowu związany z biografią poety – jest też fakt, że podczas gdy krajowi recenzenci często podkreślali intymny ton, szczerość i bezpośredniość Herberta w Rovigo, ich niemieckojęzyczni koledzy – z wyjątkiem Theobaldy’ego i częściowo Schümera – widzieli w jego dykcji przede wszystkim potoczność, zwykłość czy lekkość („powszedni ton przemyślanej, kulturalnej rozmowy” u Schümera, „ton pogawędki” u Michaelisa, „proste słowa” u Cramer), choć z drugiej strony niekiedy także patos. Niemcy nie pisali również o tym, że po raz pierwszy od dawna Herbert mówi wieloma głosami poetyckimi, wracając wyraźnie do wierszy o ścisłych rygorach formalnych, które jednak teraz nie zawsze mają charakter poważny. Jest przecież w niektórych z nich ton żartobliwy, ironiczny, a nawet sarkastyczny – na co zwracało uwagę wielu polskich recenzentów, podając jako dowód zwłaszcza wiersz Chodasiewicz. Ale jako że w recenzjach niemieckojęzycznych wiersz ten nie cieszył się wcale popularnością, nie ma też wzmianek o owym sarkazmie – a o ironii wspomina tylko dwóch recenzentów (Gauß i Schümer), z których zresztą jeden (ten ostatni) bardziej akcentuje obecny w niektórych wierszach patos. Dziwić może wreszcie podkreślanie przez także dwóch recenzentów (Schümer i Michaelis) faktu, że Herbert praktycznie nie stosuje znaków interpunkcyjnych – w naszej poezji wydaje się to chyba tak oczywiste, że nikt o tym nawet nie wspominał.

 

Epilog burzy 

Ostatni, już naprawdę pożegnalny tom poezji Herberta ukazał się po niemiecku – jako Gewitter Epilog – niemal dokładnie dwa lata po wydaniu oryginału, na początku kwietnia 2000 r. (recenzje zaczęły się pojawiać jednak dopiero w lipcu). Autorem przekładu był znowu kto inny: mieszkający – jak przez kilka lat Herbert – w Berlinie, a pochodzący ze Śląska Henryk Bereska (1926-2005), znany tłumacz literatury polskiej w byłej NRD, którego z twórczością Herberta łączyło to, że przełożył on na niemiecki dramat Lalek (druk w 1982 r.), a następnie – pod wymyślonym przez poetę pseudonimem Guido von Birkenfeld – esej Atlas w wyborze poezji i prozy Das Land, nach dem ich mich sehne (1987). Gewitter Epilog, w którym z niewiadomych przyczyn brakuje ostatniego wiersza występującego w oryginale – Tkaniny (wiersza ważnego, omawianego często przez polskich krytyków), miał co najmniej 6 recenzji: cztery niemieckie, jedną austriacką i jedną szwajcarską.

Niemieckojęzyczne recenzje Epilogu burzy łączy mniej niż teksty o poprzednim tomie: praktycznie tylko autobiograficzny wątek cierpienia i zbliżającej się śmierci poety, a zarazem fakt, że do zilustrowania tej tematyki recenzenci wybierali najczęściej dwa – znacznie różniące się tonem – wiersze: Brewiarz (I) i Ostatni atak. Mikołajowi. O wiele rzadsze niż w recenzjach Rovigo jest chwalenie pracy tłumacza (tam niemal wszyscy krytycy, tu tylko jedna trzecia), choć w gruncie rzeczy przełożenie Epilogu burzy nie było według mnie o wiele łatwiejszym zadaniem niż translacja jego poprzednika. Cztery z sześciu analizowanych tu tekstów mają także cechę wspólną nie związaną bezpośrednio z omawianym tomem: traktują one bowiem w dużej mierze (niekiedy i w ponad połowie) ogólnie o życiu i twórczości Herberta.

Recenzją chyba w największym stopniu poświęconą samemu Epilogowi burzy (a zarazem poezji w ogóle) jest tekst jednego z najbardziej znanych współczesnych poetów niemieckich, Roberta Gernhardta (1937-2006), zatytułowany Der Eulenschrei. Zbigniew Herberts Gedichte [Okrzyk sowy. Wiersze Zbigniewa Herberta]. W tekście tym, którego tytuł nawiązuje do wiersza Głowa, będącego – w mniemaniu recenzenta – ostatnim utworem tomu, Gernhardt wyraża na początku pewną niechęć do ostatnich tomów wierszy – ich treść jest bowiem łatwa do przewidzenia: poeta będzie mówił „przypuszczalnie o śmierci, prawdopodobnie o cierpieniu, być może o bólu”. Dlatego też ostatni tom Herberta brał do ręki „z mieszanymi uczuciami”. Okazało się, że autor „w istocie mówi o tym wszystkim, czego epilog życia każe się spodziewać (obawiać?): o starości, chorobie, pożegnaniu. I dodajmy od razu, że to jeszcze niewiele mówi, ponieważ takie wyliczenie nie zdradza ani słowem, jak on to wszystko wyraża”.

Przytaczając następnie fragment wiersza Pan Cogito. Ars longa, Gernhardt zastanawia się nad tym, co właściwie znaczy wykpiwane przez Herberta „wyrwanie poezji ze szponów codzienności”. Bo przecież ograniczenie się do „przekazywania powszednich treści w naprawdę powszednim języku” prowadzi do „tego, czego nas nauczyły ostatnie dekady ostatniego stulecia: wierszy o samopoczuciu i przegadanej poezji”. Jak więc wyrwać poezję ze szponów codzienności? „Zbigniew Herbert pokazuje to strona po stronie w sposób tak bezprzykładny i natchniony, że – trzeba przyznać niesamowitą – radością jest towarzyszenie mu w drodze cierpienia”. Cytując fragmenty Brewiarzy i zadając pytanie „Codzienność wysunęła pazury – jak więc ocalić poezję?”, recenzent dochodzi do wniosku, że „Ponieważ Herbert wie, że na siłę nie da się nic zrobić, ucieka się do podstępu – wycygania od drapieżnika jego zdobycz”. I tak ze spodziewanego żalenia się (w Brewiarzu (I)) robi się podziękowanie, a z wyliczanki jednoznacznych, codziennych słów (nazywających materiały medyczne) powstaje dwuznaczna litania (bo wiersz jest skierowany do Boga). I to właśnie takie „ciągłe zmiany tonacji i punktów widzenia zmuszają czytelnika do coraz uważniejszego słuchania i uczą go coraz dokładniejszego patrzenia”. Kolejnym przykładem tego typu zabiegów są przytaczane przez Gernhardta fragmenty wiersza Ostatni atak. Mikołajowi, a następnie Koniec i Urwanie głowy, w których widać „grę ról, grę myśli, grę słowami, grę obrazami” (w komentarzu do ostatniego wersu Końca pojawia się jedyny w tej recenzji akcent polski: „Z czym też się kojarzy ta nieobecność na zdjęciu? Zwłaszcza temu, kto doświadczył komunistycznej codzienności?” – owo skojarzenie z osobą usuniętą ze zdjęcia jeszcze bardziej zaakcentuje Kurt Oesterle). Po cytacie z wiersza Pan Cogito. Aktualna pozycja duszy recenzent podsumowuje swoje rozważania: „Zbigniew Herbert wykorzystał czas pozostały do jej [=duszy] odlotu na to, żeby się przeciwstawić umykającej codzienności i jej łupowi żartem, wyobraźnią i zmysłem artystycznym. I miał pewnie pod ręką jeszcze inne, bardzo osobiste sposoby na zupełne oswobodzenie poezji – przynajmniej na czas jednego wiersza – w cudownie lekki sposób z wszelkiej codzienności. Inaczej nie można wyjaśnić owych wersów, które zdają się być magicznymi zaklęciami, zarazem ciemnymi i rozjaśniającymi”, czego ilustracją jest cytowana na zakończenie recenzji Gernhardta druga zwrotka „ostatniego wiersza w tomie”, czyli Głowy.

Autor drugiej recenzji Epilogu burzy, niemiecki poeta i krytyk (a także dokumentalista) Peter Hamm (ur. 1937), pierwszą połowę swojego tekstu, zatytułowanego Den Kopf sanft senken. Letzte Gedichte des großen Danksagers und Lobpreisers Zbigniew Herbert [Pochylić łagodnie głowę. Ostatnie wiersze wielkiego dziękczyńcy i wielbiciela Zbigniewa Herberta], poświęca prezentacji sylwetki Zbigniewa Herberta jako pisarza i człowieka. Nawiązując do fragmentu wiersza Do Ryszarda Krynickiego – list, zalicza Herberta do tych artystów słowa, których poezji on sam przyznawał cechę trwałości. Hamm pisze o nim: „Był i pozostał, także w niepokojąco bachanckich sytuacjach, zawsze panem, polskim panem, który jako poeta nieprzypadkowo najchętniej występował w postaci Pana Cogito. Temu alter ego zawdzięczamy kilka wierszy, które pod względem siły poglądów, jasności myśli, sympatii do świata i ludzi zajmują wyjątkowe miejsce w krajobrazie poezji XX wieku – wierszy, które w tym „szalonym wieku” naprawdę stawiały opór”. Wspominając osobę poety, recenzent przyznaje, że jako pierwsze przychodzą mu do głowy dość „staroświecko brzmiące atrybuty”, takie jak „duma, wielkoduszność, wierność, dzielność (przede wszystkim ona) i mądrość (tak, ona też)”. I uprzedzając opis niełatwego życia poety, dodaje: „Jednak ile inteligencji i ironii – zwłaszcza autoironii – trzeba mieć, żeby wszystkie te właściwości, które można zawrzeć w jednym pojęciu człowieczeństwa, bez uszczerbku przenieść przez okropne czasy? Pośród wielu aniołów jego twórczości – tylko Rafael Alberti [(1902-1999), hiszpański poeta i dramatopisarz – przyp. MS] dorobił się ich jeszcze więcej – jest nie tylko anioł sceptycyzmu [którego nie ma jednak w wierszach Herberta – Hamm wziął go z tytułu innego artykułu w „Die Zeit” poświęconego poecie – przyp. MS], ale i anioł ironii. Bez cudownej broni śmiechu, bez swego rozbrajającego śmiechu Zbigniew Herbert byłby stracony w czasach, które Polaka, zwłaszcza polskiego poetę, poddawały strasznym próbom”.

Pisząc następnie o trudnych początkach twórczości, wieloletnim przymusowym milczeniu i imaniu się rozmaitych prac, recenzent dochodzi do takiego rozdziału jego życia, w którym „z wewnętrznej emigracji zrobiła się zewnętrzna”. Podkreśla, że „tak często, jak tylko mógł, Herbert wykorzystywał swój ostatni przywilej – podróże za granicę”, przywożąc z nich diariusz grecki Im Vaterland der Mythen [W ojczyźnie mitów – częściowo odpowiadający Labiryntowi nad morzem] i „cudownie otwierające oczy szkice podróżne Ein Barbar in einem Garten [częściowo polski Barbarzyńca…, a po części Labirynt…]. W kontekście pobytów za granicą Hamm wspomina ponadto o przymusowej publikacji Raportu… w Paryżu, a przy okazji tego tomu mówi także o błędach w jego przekładzie – najpierw w przedruku, a potem w wersji pierwotnej – zarzucając Tauschinskiemu przekręcenie tytułu wiersza Dawni mistrzowie (na m.in. Byli mistrzowie), które ponoć Herberta tak ubawiło, że nie mógł opanować śmiechu i przeczytać na głos tego utworu (jednocześnie jednak recenzentowi nie przeszkadzają kalki w przekładzie Dedeciusa, jakie nieświadomie cytuje w następnym akapicie: oddanie sztuczek jako Künste można jeszcze zaakceptować, choć bardziej naturalne byłyby Kunststücke lub Tricks, ale tłumaczenie sztucznych ogni jako künstliche Feuer – a nie Feuerwerk – pachnie kalką, której nie usprawiedliwi nawet nawiązanie etymologiczne do sztuki).

Poprzez stwierdzenie, że Herbert był „wielkim marzycielem, ale ani trochę fantastą”, i dość ryzykowny pogląd, że „jego wiersze, które obywają się bez jakichkolwiek sztucznych niejasności i bez wszelkich efektów nastrojowych, bez sugestii i sofistyki, są w pełni zrozumiałe, bo w pełni złaknione przedmiotów”, o których w Elegii na odejście mowa jest w powiązaniu ze współczuciem, Peter Hamm dochodzi wreszcie do tematu swojej recenzji – tomu Epilog burzy. „Współczucie musi bowiem ogarniać każdego czytelnika, który podziwia muzyczność jego zamaszystych zdań, gdy dręczony ciężką astmą poeta, który na starość wrócił do Warszawy, obawiający się przez długie okresy utraty właśnie zdolności oddychania, prosi w jednym z Brewiarzy: »Panie, obdarz mnie zdolnością układania zdań długich«”. Recenzent informuje czytelnika, że te Brewiarze pochodzą z wydanego już wiosną tomu Gewitter Epilog, zawierającego ostatnie wiersze Herberta z okresu jego warszawskiej „krypty materacowej”, „wiersze, które jednak zupełnie pozbawione są użalania się nad sobą i raz jeszcze dowodzą miłości Herberta do całkiem zwyczajnego, to znaczy wyzbytego wszelkiej ideologii człowieka, wiersze, które raz jeszcze hołdują jego zamiłowaniu do „świętego rytuału codzienności”, którego celebrację znajdował on na obrazach tak przez niego uwielbianych i w jego tomie esejów tak empatycznie opisanych małych mistrzów Złotego Wieku malarstwa niderlandzkiego”. Po czym recenzent dodaje: „W tym ostatnim cienkim tomiku wierszy spotykamy raz jeszcze wielkiego dziękczyńcę i wielbiciela – Zbigniewa Herberta, który właśnie małe i najmniejsze radości życia uważał za właściwą jego substancję, nie zapominając przy tym nawet o »dodatkach ilustrowanych« i »Dalidzie« […], a tym bardziej o swojej »przenajświętszej babci« Armence”. Cytując następnie fragment Brewiarza (I), podobnie jak Robert Gernhardt Hamm podkreśla, że Herbert woli w tym wierszu intonować „modlitwę dziękczynną niż tren”. Przechodząc do tematyki śmierci i zmarłych, recenzent pisze, że z tymi ostatnimi Herbert był już dawno za pan brat, gdyż „świat jego poezji zaludniają w o wiele większym stopniu oni, a nie żywi”. Herbert, który „żyje w różnych czasach” (Czas), posiadał zdolność „nawiązywania dialogu z bogami i boginiami mitologii antycznej, tak samo jak z myślicielami i artystami klasycznego dziedzictwa kultury zachodnio-śródziemnomorskiej i mówienia ich językami, aby za ich pośrednictwem w kunsztownie ironiczny sposób, ale zarazem zupełnie bez Brechtowskiego dydaktyzmu wyrzucać z siebie przykre prawdy o swoich własnych czasach”. „Ten nader nieakademicko brzmiący poeta doctus pozostał także w kwestii prawd i rzeczy ostatecznych całkowicie wierny swojej filozofii o urokach zwykłości i wielkości kryjącej się w tym, co małe”. Zacytowawszy obszerny fragment wiersza Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy, w którym mowa jest o „nieuczonych i gwałtownych”, recenzent twierdzi, że to właśnie oni, „cierpiący i objuczeni ciężarami”, których Herbert spodziewał się spotkać raczej w Rovigo niż we Florencji, wydawali mu się najbliżsi. I tylko on, „tak bardzo poobijany przez życie, a jednak zawsze niezłomny Polak i poeta” mógł udzielać rad, jakie można wyczytać z wiersza Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu.

Trzecia z kolei recenzja niemieckiego Epilogu burzy, tekst austriackiego krytyka Richarda Reichenspergera (1961-2004) Herrn Cogitos reale Welt. Zbigniew Herberts Logbücher der Existenz [Realny świat Pana Cogito. Zbigniewa Herberta logi istnienia] jest krótsza od poprzednich. Podobna jest nieco do recenzji Petera Hamma w tym, że traktuje także – choć znacznie mniejszym stopniu i bez osobistych wspomnień – o życiu autora i jego twórczości. O ile jednak u Hamma główną osobistą zaletą Herberta wydaje się zdolność zachowania poczucia humoru mimo trudnego życia, ironicznego podejścia do świata i do siebie, o tyle Reichensperger podkreśla raczej opanowanie poety, postawę stoicką, stanie mocno na ziemi – przywiązanie Herberta do tego, co konkretne, realne sygnalizuje już sam tytuł recenzji (nawiązujący do przedmowy Herberta Lyrik heute [Poezja dzisiaj] do II wydania wyboru Inschrift [Napis]). Zaczynając swój tekst od stwierdzenia, że Herbert „był zbyt chory, by dostać nagrodę Nobla” i przeciwstawiając go „nieznośnie poetyckiej Wieswawie [sic!] Szymborskiej”, recenzent austriacki opowiada się wyraźnie po stronie jego twórczości: „Ale czytać chcemy Herberta, jego niewiarygodne opanowanie, jego odprężoną mądrość. Przeciw romantyczno-patetycznemu wyobrażeniu poety »obnażającego swoje rany« wymyślił on wcześnie swojego »Pana Cogito«, który się zastanawia nad »ciężkim, ciemnym, ale realnym światem«”. Przykładem tego są według recenzenta zarówno opisy budowania gotyckich katedr ze szczegółami życia budowniczych, jak i opowieści o materialnej stronie egzystencji słynnych malarzy niderlandzkich, którzy nierzadko marnie kończyli.

Przechodząc do tomu Epilog burzy, Reichensperger pisze: „Jasność i prostota w największym zróżnicowaniu: czy warunkiem osiągnięcia tych najwyższych szczytów, na które może wspiąć się język, nie jest najgłębsza wiedza – nie tylko o zewnętrznych, ale i o wewnętrznych katedrach? W każdym razie Herbert znalazł w ten sposób drogę do refleksyjnego języka wierszy, które potem już wcale nie pachną wierszami (i tę potoczność, wiążącą się z odrzuceniem wszelkiego nadęcia, oddaje także tłumacz Henryk Bereska)”.

Austriacki recenzent radzi czytelnikom, by czytali „ten tom – i wszystkie poprzednie – zatem tak, jak Fernando Pessoi Księgę niepokoju – jako log myślowej egzystencji, jako refleksję nad życiem, w które wszyscy się tylko rzucają”. Wspomina o ponownym pojawieniu się Pana Cogito, „wykształconego w stoicyzmie i ironii u uwielbianego przez siebie nauczyciela filozofii Henryka Elzenberga”, któremu Herbert poświęcił wersy „pełne pokory i wdzięczności”. Recenzent zauważa jednak, że już we wczesnym wierszu Do Marka Aurelego Herbert wiedział o kruchości stoickiego spokoju. „Teraz, w czasie ciężkiej choroby ostatnich lat w Paryżu [Reichensperger na początku recenzji twierdził, że Herbert zmarł w Paryżu – przyp. MS], to ciało zaburza spokój. Ale i tutaj – nie ma skargi na swoje ja, ból i izolację, lecz ciągle jest siła, by to ja abstrahować i przenieść w inną postać”, jak w wierszu Kant. Ostatnie dni. Jednocześnie Reichensperger podkreśla, że „mimo wszelkiego zawężenia świat poety po raz kolejny staje się bardzo szeroki, ponieważ myślenie było tak szerokie”. Świat ten obejmuje i wspomnienia o babci, i niechęć do „napuszonych manifestów”, i smutno-przekorną odpowiedź na pytanie „Co mogę jeszcze zrobić dla pana?”. „Tyle smutku – a jednak tyle spokoju: bo świadomość nie ustępuje miejsca smutkowi i dlatego, wolna od blokującego wypierania, coraz dalej wpuszcza doświadczenie i widzialność” – pisze na koniec austriacki recenzent, podsumowując swój tekst słowami: „»Każde zdanie to ludzka twarz«, zanotował kiedyś w swoich pamiętnikach Friedrich Hebbel, charakteryzując największą sztukę. Tak – a ponieważ ludzkie twarze stały się tak rzadkie, ten pożegnalny tom Zbigniewa Herberta jest najintensywniejszym przeżyciem spotkania i szczęścia”.

Czwarta recenzja książki Gewitter Epilog, opublikowany w szwajcarskiej gazecie artykuł również austriackiego krytyka Franza Haasa (ur. 1955) pt. Herr Cogito nimmt Abschied. Zbigniew Herberts letzte Gedichte [Pan Cogito się żegna. Ostatnie wiersze Zbigniewa Herberta], jest chyba nawet krótsza od tekstu Reichenspergera. Tak jak on i Hamm, Haas także pisze o sprawach nie związanych bezpośrednio z omawianym tomem, zamieszczając jednak więcej błędnych informacji niż jego rodak. Zaczynają się one już od imienia Herberta, które ma tu zawsze postać Zbignew. Poza tym autor, kładący – podobnie jak Szwajcar Ritz w opublikowanym w tej samej gazecie tekście o Raporcie… – nacisk na wyjaśnianie spraw polskich, twierdzi, że wiersz Wysoki Zamek powstał „przy okazji podróży do »ucichłego miasta Lwowa«, w którym [Herbert] się urodził i które teraz należy do Ukrainy” oraz że „Jego języka ojczystego nie ma już w mieście ojców”. Innego rodzaju błędem, już mniej związanym z warstwą faktograficzną, jest pogląd, że „W Polsce Herbert był do tego stopnia uznawany za klasyka, że kłóciły się o niego obozy polityczne: reżim i opozycja uważały go w równym stopniu za swojego”. Być może Haas oparł to twierdzenie na informacji Ritza o próbach „ugłaskania” Herberta przez władze w latach 80. poprzez wydawanie wyborów jego wierszy. O ile jednak to ostatnie wydaje się minimalnie prawdopodobne (choć Herbert nie mógł przecież oficjalnie wydać Raportu…), o tyle przyznawanie się władzy do Herberta przekracza moje wyobrażenie o jej przyjaznym stosunku do niego.

O tym Haas pisze jednak dopiero w środkowej części swojego tekstu, gdzie twierdzi, że Herbert „znał terror państwowy i cenzurę, wadził się jednak z nimi tylko w aluzjach. Jego cel był większy: mianowicie zasadniczo uprawiać jeszcze poezję mimo Oświęcimia i Katynia”. Na początku recenzji jest bowiem cytat z wiersza Ostatni atak. Mikołajowi, komentarz „Tak mówi stary człowiek, przeczuwający swój koniec, do przyjaciela i do siebie samego”, a także informacja o Panu Cogito, który – będąc częstym pseudonimem Herberta – po raz ostatni pojawia się w tomie wydanym na krótko przez śmiercią autora.

Z kolei w końcowej części recenzji, po sformułowaniu celu, jaki przyświecał poecie, Haas pisze: „Również w tomie pożegnalnym autor przygląda się swej epoce, zarówno politycznej, jak i prywatnej”, o czym świadczy choćby wiersz Wysoki Zamek. Poza tym „Ciągle w tych ostatnich wierszach obecny jest kres życia […] i ciągle jeszcze w duszy Pana Cogito troska o siebie miesza się z troską o cały świat”. Z kolei z „całą kulturą Zachodu”, która zawsze była obecna w poezji i eseistyce Herberta, w ostatnim tomie on się żegna – i to nie tylko z „ikonami kultury wysokiej”, ale i z „niemal równorzędnymi w roli świadków odbiciami najnowszych czasów, księżną Dianą i piosenkarką Dalidą: »dzięki nim / tyrania / upiększona / została / piosenkami«. Podobne było także zadanie życiowe Pana Cogito: sprzeciwiać się tyranii sztuką”.

Autor piątej recenzji tomu Gewitter Epilog, niemiecki dziennikarz i literaturoznawca Kurt Oesterle (ur. 1955), jest jedynym recenzentem tego tomu, który – w poświęconym wyłącznie Epilogowi… artykule Das Leben bildet lange Sätze. „Gewitter Epilog“ – letzte Gedichte des großen polnischen´Dichters Zbigniew Herbert [Zycie tworzy długie zdania. „Epilog burzy“ – ostatnie wiersze wielkiego polskiego poety Zbigniewa Herberta] – zastanawia się nad znaczeniem jego zagadkowego tytułu, a zwłaszcza słowa burza. Przypuszcza, że tłumacz tomu, Henryk Bereska, specjalnie nie łączył składniowo obu słów, aby kwestię ich wzajemnej zależności pozostawić otwartą. Także jako jedyny Oesterle wspomina w tym kontekście o Burzy (Giorgionego, choć nazwisko to nie pada) i zastanawia się, czy tytuł tego jednego z najmocniejszych obrazów życia reprezentującego kochane przez Herberta malarstwo renesansowe odnosi się do dzieła, czy do życia poety. Wygląda na to, że Oesterle jest jedynym recenzentem niemieckojęzycznym, który miał styczność z polskim oryginałem; świadczy o tym – poza wzmianką o obrazie Giorgionego – także trafna uwaga na wstępie dotycząca tłumaczenia Henryka Bereski, który „przełożył wiersze Herberta zarówno w ich pełni brzmienia, jak i wraz z ich ostrością myślową”. Opierając się następnie na słowie Gewittergrummeln (pol. mniej więcej ‘pomruki burzy’), które w przekładzie oddaje „beknięcie burzy” z wiersza Dwaj prorocy. Próba głosu, recenzent próbuje je odnieść do kresu życia poety: „słowo to może oznaczać niegwałtowne, stopniowe milknięcie; umieranie jako obumieranie. Albo umieranie jako stopniowe gaśnięcie, ostatnie błyski burzy, która się już oddaliła. Nagle słyszy się i widzi wszystko dookoła w niespodziewanej jasności. Również o tym traktują wiersze, gdy poeta formatu Zbigniewa Herberta mówi o rzeczach ostatecznych”. Oesterle podkreśla jednak, że „typowej poezji jesieni życia nie ma się co spodziewać u poety, który już za młodu był w zmowie z filozofią”. Są tu co prawda pewne znane motywy związane ze starością: aluzje do chorób („łajdak Parkinson”), tęsknota za dzieciństwem, „które niegdyś zapewniało wszystko, czego dziś brakuje, na przykład wspaniałe złudzenia. Ale podmiot liryczny nie uważa bynajmniej, by dawało mu to prawo do narzekania. Również tutaj, w swoich najpóźniejszych wierszach, Herbert po raz kolejny rezygnuje z mrocznych tonów, od których się odżegnywał już na początku twórczości”. Podobnie jak inni recenzenci Oesterle zauważa więc, niewątpliwie z aprobatą, fakt nieużalania się poety nad sobą. Dostrzega jednak jeszcze inne oblicze Herbertowskiej powściągliwości: „Nieobecność tematyki miłosnej jest w tych wierszach tak zdumiewająca, że można ją uważać tylko za programową. »Cóż ja z tobą czułości w końcu począć mam« – tak brzmi jedno z pytań zamykających życie”.

Zdaniem niemieckiego recenzenta Herbert, nietypowo podchodzący do starości, gardzi tym, co Gottfried Benn (według Dedeciusa poeta, na którym Herbert się wzorował) w swoim eseju Altern als Problem des Küstlers [Starzenie się jako problem artysty] nazwał „szlachetną dojrzałością”. Jego poezja nie potwierdza też powiedzenia André Malraux, że w obliczu śmierci artyści nierzadko czują się zmuszeni do zerwania ze swoją twórczością. Herbert bowiem „posługuje się swoim stałym instrumentarium poetyckim konsekwentnie do samego końca, mimo wszelkiej »słodkiej grozy«, która go niekiedy dotyka. Pozostaje sam dla siebie ulubionym obiektem obserwacji. Jednak nie z miłości własnej czy egocentryzmu, lecz po to, by doświadczenie samego siebie wpleść w owo »uniwersalne współczucie«, które on, ten Montaigne wiersza, uważał za konieczne w poezji po katastrofach dwudziestego wieku. Temu celowi służy też jego rzeczowy, antyliryczny sposób mówienia. U Zbigniewa Herberta poezja jawi się jedyną prawowitą spadkobierczynią filozofii – tylko ona może po tak dużych zniszczeniach rozumu pojąć jeszcze świat”.

Poezja Herberta przekonuje według Oesterlego, że starość wcale nie jest odmiennym czasem życia. „To, czy poeta jest młody, czy stary, odgrywa pod względem literackim jedynie niewielką rolę”. Bowiem „Dzieło życia nie jest budowlą złożoną ze stopni, lecz siecią, łańcuchem, plecionką, składającą się z momentów, które stają się wierszami. Poeta ma oczywiście do końca nadzieję na powtarzalność takich momentów. Tylko dzięki nim jego życie może stać się całością – teksturą”. Po czym recenzent, którego można by tu podejrzewać o inspirację lekturą wiersza Tkanina, nieobecnego jednak w niemieckim Epilogu burzy, cytuje fragment Brewiarza (II), w którym Herbert prosi Boga o „zdolność układania zdań długich” i który odmawia on – zdaniem Oesterlego – w każdym wieku. Recenzent twierdzi także, że tworzący do samego końca życia Herbert, którego cechuje „moralność rzemieślnicza”, uważa starzenie się za sprawę jedynie ciała. „Dusza, zwłaszcza dusza poety, i tak żyje ciągle w kilku, wielu czasach i epokach życia. Jej wybujała niejednoczesność chroni ją w pewnym stopniu przed starzeniem”. W takim ujęciu śmierć można sobie więc jedynie wyobrazić najkonkretniej jako zniknięcie ciała.

Zakończenie recenzji Oesterle poświęca właśnie śmierci. Zauważa, że Herbert prezentuje „kilka sposobów myślenia o śmierci i wyobrażania sobie jej”, w tym wariant „nieoczekiwanie romantyczny (jak w wierszu Piosenka)” oraz „(w Końcu) wysoce oryginalne, również tragikomiczne wyobrażenie śmierci, jakie mogło się narodzić jedynie w dwudziestowiecznej Europie, i to tylko w tych jej częściach, którym było dane poznać stalinizm. Bowiem tylko tu śmierć może stać się retuszerem, który ludzi, gdy umrą, wycina ze zdjęć zwinnymi nożyczkami, będąc zarazem odmianą kostuchy. Jednak – i to jest oczywiście decydujące – wycina ich tak niezauważalnie, jakby ich nigdy nie było”. Oesterle idzie tu więc dalej niż Gernhardt, który także zwrócił uwagę na kojarzące się ze stalinizmem porównanie zawarte w finale wiersza. Można mieć jednak wątpliwości, czy Herbert istotnie miał tu na myśli usuwanie jego postaci ze zdjęć (co może sugerować niemieckie bin … weg – pol. mniej więcej znikłem), czy po prostu niepojawianie się na nich. Jak by nie było, skojarzenia Brauna są kolejnym dowodem na to, że recenzenci niemieckojęzyczni, przy całym akcentowaniu uniwersalności poezji Herberta, zwracają jednak często uwagę na pochodzenie poety z wschodniej części Europy.

Wzmianki o tym, liczniejsze niż w tekście Oesterlego, zawiera także ostatnia z recenzji Epilogu burzy, do których udało mi się dotrzeć. Owa szósta recenzja, autorstwa niemieckiego dziennikarza Michaela Brauna (ur. 1968) nosi – podający niestety błędny rok śmierci Herberta – tytuł Das endgültige Wort gleicht einer Schlinge um den Hals. „Gewitter Epilog“: Letzte Gedichte des in diesem Jahr verstorbenen polnischen Lyrikers Zbigniew Herbert – eine unprätentiöse Reflexionspoesie von kristalliner Klarheit [Słowo ostateczne jest jak pętla na szyi. „Epilog burzy”: ostatnie wiersze zmarłego w tym roku polskiego poety Zbigniewa Herberta – bezpretensjonalna poezja refleksyjna o krystalicznej jasności]. Jej drugi akapit poświęcony jest właśnie pochodzeniu Herberta z części Europy tragicznie naznaczonej przez historię (tu pojawia się kolejna błędna informacja – jakoby poeta „ledwo uniknął śmierci po deportacji do Rosji”, w czasach, gdy „na własnej skórze doświadczał terroru nazistowskiego i stalinowskiego” – zawiniła tu niewątpliwie przedmowa Dedeciusa do wyboru Gedichte [Wiersze]). Ważniejsza wydaje się jednak w tekście Brauna tematyka filozoficzna, o której jest mowa w jego pierwszej połowie. Zaczynając recenzję od cytatu z wiersza Telefon – „nigdy w życiu / nie udało mi się / stworzyć / przyzwoitej abstrakcji”, autor dostrzega w nim nie „przyznanie się do trwałej niemocy analitycznej”, jak by to zinterpretował filozof, lecz „subtelną definicję ex negativo działalności poetyckiej”. Bowiem „Tam, gdzie nie wystarczają abstrakcje filozoficzne, zaczynają się zmysłowe ukonkretnienia poezji i autentycznie poetycka praca poznawcza”. A właśnie Herbert „umiał w swojej twórczości lirycznej w wyjątkowy sposób połączyć poezję i myślenie związkiem pełnym napięcia. Jako poeta był on upartym empirykiem, który swojego poglądu na zjawiska nie zawierał w ogólnych formułach czy ostatecznych pojęciach, lecz czuł się zobowiązany wobec niesfornych szczegółów i zmysłowego postrzegania zjawisk”.

Herbert, który „od swojego nauczyciela filozofii Henryka Elzenberga otrzymał lekcje fundamentalnego sceptycyzmu”, dostał się dzięki filozofii – jak sam wyznał w mowie wygłoszonej z okazji wręczenia nagrody poetyckiej w Münster – na „wyższy stopień rozpaczy”. Zdaniem Brauna „jako filozof Herbert pozostał artystą rozpaczy, jako poeta pisał on przez ponad cztery dekady bezpretensjonalną poezję krystalicznej jasności, w której historia prywatna i polityczna ukazywane są w swoim zgubnym sprzężeniu. Już nagrodzony tom Rovigo (1995) można odczytywać jako poetycki bilans życiowy mądrego na starość sceptyka, który jeszcze raz przygląda się spustoszeniom swojego stulecia”. Widoczny już w owym tomie motyw pożegnania wpisany jest teraz w tytuł najnowszego zbiorku, który – jak po raz trzeci błędnie podaje Braun – „ukazał się niewiele dni przed jego śmiercią” (w rzeczywistości były to niemal trzy miesiące).

Przechodząc do właściwego tematu recenzji, Braun pisze: „Epilog burzy jest nie tylko wspomnieniem pośmiertnym napisanym za życia i testamentem politycznym poety, ale także requiem na pogrzebane nadzieje na poprawę rodzaju ludzkiego”. Od razu mowa jest i o formie: „Również tutaj spotykamy się znowu z lakonicznym tonem egzystencjalnego samoupewniania się, w którym odporne na patos i emfazę ja odmienia swoje życie przez przypadki. Powściągliwy sposób mówienia Herberta pokazuje i tu w każdym sformułowaniu, że dzisiejsza poezja musi się obyć »bez zaklęć«”. Pisząc następnie o wierszu Babcia – z niego zaczerpnięte jest to określenie – który „łączy nostalgiczny obrazek z dzieciństwa z fatalistyczną świadomością postępującej katastrofy historycznej”, Braun przechodzi do Brewiarza (I), dostrzegając w tym „pozornie pełnym pokory podziękowaniu” kilka ironicznych haczyków, które przemycił do niego Herbert. Przywołuje on tu bowiem „nie cuda stworzenia, lecz banalne rekwizyty codzienności, a w końcu okropnie zwyczajne przyrządy informujące o bólu”. I tak „To, co zaczyna się postawą pobożnego wychwalania Boga, okazuje się gorzkim zarysem trudów istnienia, które przerodziło się w chorobę prowadzącą do śmierci”.

Brauna nie dziwi ponowne pojawienie się „w tej poetyckiej końcówce” Pana Cogito, który „odrzuca wszelkie wyobrażenia świata obiecujące zbawienie i nie zgadza się na płaską religijność. Lekcje, których on udziela w wierszach Herberta, mają nam wybić z głowy wszelką pociechę filozoficzną i religijną”. Recenzent dopatruje się tego w wierszu Pan Cogito. Aktualna pozycja duszy, z kolei w utworze Pan Cogito. Ars longa widzi wyraz niewiary autora w trwałość sztuki. Mimo „wszelkich otrzeźwień i druzgocących diagnoz” recenzent dostrzega jednak „utopie poetyckie, które co najmniej sygnalizują kontrprojekt wobec zanikającego świata” – w wierszach Język snu i Portret końca wieku. Niemniej „Z tymi gdzieniegdzie rozbłyskującymi obrazami nadziei konkurują motywy fatalistyczne, występujące np. w wierszu Dałem słowo”. Po skomentowaniu fragmentów tego utworu Braun podsumowuje swoją recenzję: „Takie poetyckie zastrzeżenie wobec »słowa ostatecznego« wyróżnia poezję, która skupia się na podważaniu okropnej władzy ostatecznych pewników. Bowiem poezja tworzy nie monumentalne, ostateczne, na siłę definiujące słowa, lecz wyprowadza swoim ostrożnie pytającym, sondującym gestem ze wszelkich ograniczeń i prowadzi nas swoimi środkami na jeszcze nie zdefiniowany teren – na otwartą przestrzeń”.

Podsumujmy na koniec i te recenzje, porównując je znowu z ich polskimi odpowiednikami (których, tak jak w przypadku Rovigo, było o wiele więcej: tu 5-6, a tam ok. 40). Co jest nieoczekiwanym novum, a co razi swoją nieobecnością? Łatwiej jest odpowiedzieć na to ostatnie pytanie: wyraźnie brakuje tu domysłów na temat (wcale nieoczywistego) znaczenia tytułu – pojawiają się one w zaledwie jednej recenzji (Oesterlego), podczas gdy u nas były obecne w zdecydowanej większości tekstów. Być może gdyby w wydaniu niemieckim zachowano oryginalną okładkę – a nie zastąpiono jej fragmentem obrazu Petera Schermuly’ego Leżący akt z szachownicą – tytuł by zaintrygował również niemieckojęzycznych recenzentów. Brakuje mi też w niemal wszystkich recenzjach (z chlubnym wyjątkiem znowu tekstu Oesterlego) choćby wzmianki o polifonii cechującej wiersze z tego tomu, bo przecież – dzięki staraniom Henryka Bereski – jest ona tu równie obecna, jak w przełożonym przez Klausa Staemmlera Rovigo (co prawda nawet w polskich recenzjach tylko parę osób zwróciło na nią uwagę – ale jednak). A co z kolei jest „bonusem” recenzji w języku Goethego? Częstsze niż u nas są tu prezentacje poety i jego twórczości poza Epilogiem, co może o tyle dziwić, że – jak na poetę zagranicznego – Herbert był w Niemczech i w Austrii twórcą stosunkowo znanym (także za sprawą osobistych kontaktów z poetami i pisarzami z tych krajów). A z rzeczy dla polskich czytelników mniej oczywistych na miano największej nowości, słynnego spojrzenia z zewnątrz zasługują chyba uwagi o głosie Herberta w jego ostatnim tomie. Recenzentom niemieckojęzycznym – na czele z poetą Robertem Gernhardtem – wyraźnie podoba się sposób, w jaki Herbert mówi o swoim cierpieniu i zbliżającej się śmierci. Połowa z nich podkreśla fakt, że nie użala się on nad sobą, zachowując w obliczu cierpienia (stoicki) spokój i dystans (Reichensperger), a także (auto)ironię i poczucie humoru (Hamm). Dwaj krytycy (Gernhardt i Oesterle) zauważają – z wyraźną aprobatą – nietypowość ujęcia tematyki kresu życia. Co prawda żaden z recenzentów niemieckiej wersji Epilogu burzy nie cytował programowego wiersza Dlaczego klasycy, ale wygląda na to, że – kojarzone czy to z pruską twardością i beznamiętnością, czy z (także niezbyt namiętną) etyką protestancką – nieużalanie się nad sobą jest cechą (cnotą, jak by powiedzieli Niemcy) nadal bardzo cenioną przez narody mówiące językiem naszych zachodnich sąsiadów. I może nieprzypadkowo wiersz ten, powstały zapewne w czasie pobytu Herberta w Wiedniu (w latach 60.), został zadedykowany – w formie tajemniczych inicjałów – Angelice Hauff, aktorce wiedeńskiego Burgtheater? Znamienne, że w polskich recenzjach Epilogu burzy – trochę podobnie jak w przypadku Rovigo – bardziej podkreślano szczerość poety, intymność jego wyznań niż nieskarżenie się na swój los i ironiczno-żartobliwy stosunek do życia (choć na to też zwracano uwagę, zresztą na przykładzie tych samych wierszy: Koniec i Ostatni atak. Mikołajowi – nie twierdząc jednak przy tym, że Herbert cierpiał na parkinsonizm). Podobnie odmienne cechy dostrzegano nawet w Brewiarzach, z których recenzentom gazet ukazujących się po niemiecku najbardziej przypadł do gustu Brewiarz (I), podczas gdy w Polsce bodaj najczęściej cytowano Brewiarz (IV), zdecydowanie bardziej smutno-liryczny niż dowcipno-ironiczny. Niemniej nie ulega wątpliwości, że ton, w jakim w poezji wypowiadał się Herbert, w dużym stopniu odpowiadał Niemcom i Austriakom (Szwajcarom być może też). Ton ten wynikał z jego mentalności, której ważnym składnikiem był ironiczny stosunek do siebie, a zarazem powściągliwość w mówieniu o własnych bolączkach. I zapewne dlatego Herbert dobrze się chyba jednak czuł w Niemczech, ojczyźnie „elementu ciężkiego”. Choć może bardziej czuł radość życia w kraju kultury uważanej jeśli nie za lżejszą, to bardziej wyrafinowaną – we Francji, zwłaszcza w Paryżu, na który choruje tak wielu naszych rodaków.

Można by na koniec – tytułem dygresji, a zarazem spekulacji – zaryzykować stwierdzenie, że tak jak Herbert był „bigamistą” kochającym z jednej strony cywilizację śródziemnomorską – Grecję, Francję, Włochy, a z drugiej – sztukę i kulturę codzienną Północy, reprezentowaną przez XVII-wieczne Niderlandy, tak i był rozdarty między sympatię do dwóch krajów, w których spędził dużą część życia (w sumie prawie 10 lat w obu przypadkach): Francję i właśnie Niemcy. Mimo że, jak wiadomo chociażby z tekstu Pawła Zarychty, poeta mówił o Niemcach, że to „element ciężki”, to chyba mu jednak – przynajmniej częściowo – odpowiadała mentalność naszych zachodnich sąsiadów. Mentalność z kolei ich zachodnich sąsiadów, Francuzów, jest pod wieloma względami inna – ale być może poeta potrzebował tych dwóch nóg dla swojej wewnętrznej równowagi. I może z Niemcami i Francją było u niego tak jak z esejami i poezją – tylko że trudno powiedzieć, co tu czemu odpowiada: czy odpowiednikiem Niemiec są eseje – jako bardziej bezpośrednie i przyziemne, czy też poezja – jako chłodniejsza, bardziej stonowana? Lub czy to z Francją korespondują eseje – jako cieplejsze, mocniej tryskające radością życia, czy może poezja – jako mniej bezpośrednia, wyraźniej wysublimowana? Jeśli przyjmiemy, że bezpośredniość i pośredniość są chyba bardziej uchwytnymi cechami niż ciepło i chłód, to wyjdzie na to, że do Niemców bardziej trafiałyby eseje, a do Francuzów – poezja, ale niewykluczone, że jest (także?) na odwrót. Zupełnie jak w poezji – i w ogóle w sztuce.

 

Bibliografia

Recenzje tomu Pan Cogito (10; bez przedruków: 5), wydanego przypuszczalnie w styczniu 1974 (oryginał też ze stycznia ‘74):

Hahnl, Hans Heinz: Das Bewußtsein des Steines. „Kärntner Tageszeitung“ z 19.11.1974.

[Hahnl, Hans Heinz] h.: Lächeln und Selbstzweifel. „Arbeiter-Zeitung“ z 1.12.1974.

Kraus, Wolfgang: Gehe aufrecht, wo andere knien. „Die Presse“ z 23-24.11.1974.

Kraus, Wolfgang: Gehe aufrecht, wo andere knien. Zu Zbigniew Herberts Buch „Herr Cogito”. „Darmstädter Echo“ z 22.11.1974.

[Kraus, Wolfgang] WKS: Der Herr Cogito. Zbigniew Herbert und die heutige Zeit. „Wiesbadener Kurier“ nr 278 z 30.11.1974.

Piontek, Heinz: Abseits der modischen Theorien. Gedichte von Zbigniew Herbert. „Neue Zürcher Zeitung“ z 14-15.12.1974.

Piontek, Heinz: Ein ironisches Ich. Zbigniew Herberts Lyrik am Wendepunkt. „Rheinischer Merkur“ z 22.11.1974.

Piontek, Heinz: Träume und Handwerk. „Schwäbische Zeitung“ nr 200 z 1.09.1975.

von Becker, Peter: Die Versuchung des Herrn Cogito. 50 neue Gedichte zum 50. Geburtstag Zbigniew Herberts. „Süddeutsche Zeitung“ z 4-6.01.1975.

Weinrich, Harald: Ein europäischer Autor aus Polen. Zbigniew Herberts neue Gedichte. „Frankfurter Allgemeine Zeitung“ nr 278 z 30.11.1974.

 

Recenzje tomu Raport z oblężonego Miasta (4), wydanego 25.03.1985 (oryginał z lipca ’83):

Hartung, Harald: Nur unsere Träume sind nicht gedemütigt. Zbigniew Herberts „Bericht aus einer belagerten Stadt und andere Gedichte“. „Frankfurter Allgemeine Zeitung“ z 14.09.1985.

Ritz, German: Berichterstatter der polnischen Tragödie. Zbigniew Herberts „Bericht aus einer belagerten Stadt“. „Neue Zürcher Zeitung“ nr 267 z 16-17.11.1985.

[Thibaut, Matthias: Klassiker im Umkehrverfahren. Neue Gedichte von Zbigniew Herbert [Klasyk na odwrót. Nowe wiersze Zbigniewa Herberta]. „Frankfurter Rundschau“ z 10.08.1985] (recenzja niedostępna)

Wolffheim, Elsbeth: Zbigniew Herbert: Bericht aus einer belagerten Stadt und andere Gedichte. „Literatur und Kritik“ nr 225/226 z czerwca/lipca 1988, s. 275.

 

Recenzje tomu Rovigo (5), wydanego 29.08.1995 (oryginał z maja ’92):

Cramer, Sybille: Gleich einem denkenden Stein. Ein Sokratiker und die Kraftlinien seines Lebens: Zbigniew Herberts Gedichtband „Rovigo“. „Süddeutsche Zeitung“ z 8.11.1995.

Gauss, Karl-Markus: Den Toten getreu. Zbigniew Herberts Gedichte „Rovigo“. „Neue Zürcher Zeitung“ nr 214 z 15.09.1995.

Michaelis, Rolf: Die Wahrheit? Das Grauen. Das Normale als Besondere preisen: Zbigniew Herberts Gedichtband „Rovigo“. „Die Zeit“ nr 47 z 17.11.1995.

Schümer, Dirk: Apostel auf Dienstfahrt. Zbigniew Herberts stille Dichtkunst scheut das Pathos nicht. „Frankfurter Allgemeine Zeitung“ z 10.10.1995.

Theobaldy, Jürgen: Erinnerungen an Begegnungen, denen keine Zukunft beschieden war. Neue Gedichte des polnischen Lyrikers Zbigniew Herbert: „Rovigo“. „Frankfurter Rundschau“, 28.11.1995.

 

Recenzje tomu Epilog burzy (6), wydanego 03.04.2000 (oryginał z maja ’98)::

Braun, Michael: Das endgültige Wort gleicht einer Schlinge um den Hals. „Gewitter Epilog“: Letzte Gedichte des in diesem Jahr verstorbenen polnischen Lyrikers Zbigniew Herbert – eine unprätentiöse Reflexionspoesie von kristalliner Klarheit. „Frankfurter Rundschau“ z 10.08.2000.

Gernhardt, Robert: Der Eulenschrei. Zbigniew Herberts Gedichte. „Frankfurter Allgemeine Zeitung“ nr 222 z 23.09.2000.

Haas, Franz: Herr Cogito nimmt Abschied. Zbigniew Herberts letzte Gedichte. „Neue Zürcher Zeitung“ nr 158 z 10.07.2000.

Hamm, Peter: Den Kopf sanft senken. Letzte Gedichte des großen Danksagers und Lobpreisers Zbigniew Herbert. „Die Zeit“ nr 43 z 19.10.2000.

Oesterle, Kurt: Das Leben bildet lange Sätze. „Gewitter Epilog“ – letzte Gedichte des großen polnischen´Dichters Zbigniew Herbert. „Süddeutsche Zeitung“ z 5.08.2000.

Reichensperger, Richard: Herrn Cogitos reale Welt. Zbigniew Herberts Logbücher der Existenz. „Der Standard“ z 29-30.07.2000.

 

Artykuły o recepcji twórczości Zbigniewa Herberta na niemieckim obszarze językowym:

Rosinek, Violetta: O recepcji w Niemczech. W: Czytanie Herberta. (red.) P. Czapliński, P. Śliwiński, E. Wiegandt. Poznań 1995, s. 247-254.

Zarychta, Paweł: „Pracuję nad Niemcami, choć to element ciężki”. Zbigniew Herbert a niemiecki obszar językowy. W: Język dalekosiężny. Przekłady i międzynarodowa recepcja twórczości Zbigniewa Herberta. (red.) M. Heydel, E. Wójcik-Leese i M. Woźniak. Kraków 2010, s. 59-66.