Wydrukuj tę stronę

Tradycja, ironia i głębsze znaczenie

 

5


 

  

Powołując do istnienia Pana Cogito, Herbert może jawniej zmierzyć się ze światem, zarazem jednak odsłaniając własną słabość i ograniczenie. Pan Cogito jest zatem – wśród postaci Herberta – najbardziej heroiczny i najboleśniej ułomny.

JAN BŁOŃSKI


I

Zbigniew Herbert objawił się publiczności w licznej gromadzie poetów: od rzekomych jednak rówieśników różniło go niemal wszystko. Kiedy oni pysznili się pogardą dla przeszłości, on składał jej ostentacyjny hołd. Fascynację brzydotą zastępował odwołaniem do pięknej konwencji. Rozwichrzeniu jednostkowości przeciwstawiał dystans do samego siebie. Miast jadowitej groteski posługiwał się wieloznaczną ironią. Tym samym odcinał się od pokolenia, z którym mu wypadło debiutować. Nic dziwnego: wcale do niego nie należał.
Herberta spostrzeżono naprawdę w 1955 roku. Pisał jednak wcześniej i wszystko wskazuje, że uważał się za strażnika grobów, za dziecko porażki. W Życiorysie – oczywiście własnym – powiada, że bity, gnębiony i poniżany poeta stał się w czasie okupacji „zupełnie innym chłopcem” niż poczciwy sztubak z II A, który rył na szkolnej ławce imię ukochanej między łacińskimi urywkami; i że po wyzwoleniu, które przyjął „ponownym płaczem wstydu” –

 

nieprędko zgodził się na życie

przybierał wartki strumień zdarzeń
on stal w pustkowiu i zawodził
szukał pamiątek po ruinach
modlił się imionami zmarłych

poezja córką jest pamięci
(HPG 79)

 

Odzywały się więc u Herberta – mimo całej różnicy wypowiedzi – tony zgoła różewiczowskie. Zapatrzenie w kataklizm wzmagała jeszcze radykalna odmowa, którą odpowiadał propozycjom kulturalnym czasów stalinowskich. Pokusy stalinizmu odganiał nienawistnym szyderstwem: „ja mały ptaszek znam swą wartość znam” – ćwierkał, sprzeciwiając się pieśni, której „strach dyktuje słowo” . Tymczasem bęben przyszłości, „dyktator muzyk rozgromionych”, zapowiadał mu już nadejście społeczeństwa, gdzie

 

i jedna myśl i słowo jedno
[...]
nareszcie idzie ludzkość cała
nareszcie każdy trafił w krok
[. . .]
zejdziemy nisko do czeluści
do pustych piekieł oraz wyżej
nieba sprawdzamy nieprawdziwość
i wyzwolony od przestrachów
w piasek się zmieni cały pochód
(Pieśń o bębnie, HPG 89)

 

Z postawą płaczka rozpaczającego na wojennym pobojowisku, biadającego nad przeszłością dziecinną, ale uczciwą... złączyło się przeczucie katastrofy ostatecznej: przekonanie, że zbliżamy się do kresu kultury, do zaniku jednostkowości, do państwa nihilizmu, które – ociosawszy ludzi w jednakowe kukły – doświadczalnie sprawdzi bezsiłę wartości, aby rozpaść się ostatecznie w nicość.
Hermesa, psa i gwiazdę dzieli od Struny światła ogromna różnica, chociaż ukazał się zaledwie rok później, w roku 1957. Dlaczego, nie wiem. Możliwe, że dopiero tam znalazły się wiersze „prawdziwego” Herberta, odrzucone uprzednio przez ostrożnych redaktorów. Możliwe także, że ośmielenie wyobraźni było po prostu następstwem zwykłego poczucia wolności. Proszę zważyć, w jak osobliwym znalazł się poeta położeniu! Żadnej już szansy dla siebie nie widział: skulony nad grobami, jeśli podnosił wzrok, to po to tylko, aby się upewnić, że na chmurach palec Boży nie przestaje pisać „mane tekel fares”. Cały był zatem zwrócony do przeszłości. Sam się skazywał, przekreślał, odsyłając do kojącej iluzji sztuki, która zdawała się ostatnim przywilejem ludzi spóźnionych, zagubionych wśród barbarzyńców:

 

nie tego czekałem nie to nie jest młodość
stać z głową w bandażach i ręce przyciskać
i mówić głupie serce przestrzelony ptaku
zostań tu na urwisku jest w zielonej skrzynce
groszek pachnący i kwiaty nasturcji
[...]
sypie się tynk na pokład na pokład balkonu
(Balkony, HPG 47)

 

Tymczasem do balkonu, do urwiska, gdzie „wygnany arkadyjczyk” wypatrywał zagłady „tonących okrętów” – podpłynęła łódź, ofiarując poecie podróż jeśli nie radosną, to przynajmniej swobodną. Aby tę możliwość pochwycić, Herbert musiał nadać swej poezji nową zupełnie równowagę. Dotychczas był po prostu Kasandrą. Kim mógłby stać się obecnie, nie zdradzając przeszłości, ale także – nie ośmieszając się wobec współczesnych? Dylemat ten łatwiej zrozumieć, jeśli umieścić Herberta we właściwej grupie pokoleniowej. Chociaż nieco młodszy, stał on w jednym szeregu z Baczyńskim, Różewiczem, Borowskim, z porażonymi wojennym gromem wychowankami dwudziestolecia. Wczesna młodość jawiła mu się równie idyllicznie co poecie niemożliwych sielanek (myślę o Różewiczu) i lirykowi magicznych fantasmagorii (Baczyńskiemu). Wszyscy oni przeżyli kryzys kultury nie w bibliotece, ale na ulicy, uciekając przed łapanką, w lesie, ginąc z ręki bliźniego i zabijając bliźniego, w obozie, wykręcając się od gazu... I wszyscy też musieli – z powodzeniem lub nie – pokonać w sobie pojęcie o człowieku, pojęcie o kulturze, przyjęte z poręczenia księdza prefekta i profesora łaciny.
To znaczy: pokonać – albo pogłębić! – tradycję chrześcijańską i śródziemnomorską, oswojoną, uproszczoną przez szkołę i środowisko, przykrojoną na narodową miarę, często prowincjonalną, niemal zawsze bezpiecznie powierzchowną: albowiem strażnikiem tej tradycji był, co tu gadać, profesor Pimko... Pamiętamy wszyscy sarkazmy Różewicza, tak przykre i dokuczliwe, jakby za wojenne cierpienia nie zbrodniarzy winił, ale humanistów, co nie umieli barbarzyństwu zapobiec. Podobnie, ba! głębiej jeszcze u Borowskiego, który (przynajmniej w pewnym momencie) wszelką troskę moralną czy intelektualną utożsamił z aktualnymi żądaniami polityki. Jeśli okoliczności – zdawał się mówić – tak łatwo pokonują pryncypia jak w obozie koncentracyjnym, należy spokojnie posłać zasady na emeryturę i zająć się zmienianiem okoliczności, które, chociaż zewnętrzne, w końcu i wewnętrznego człowieka ukształtują. I nawet u Baczyńskiego można prześledzić proces równoległy: tyle że nie doprowadził on do odrzucenia, ale do oczyszczenia tradycji. Poeta czuł się mianowicie słaby, naiwny, grzeszny, zbrukany. Całe pokolenie – mówił wysublimowanymi symbolami – nie znalazło się na moralnej wysokości zadania, jakie narzuciła mu historia. Musi więc odszukać religijne racje własnej ofiary, sięgnąć wyżej, niż każe czy pozwala zbiorowa samoobrona... i zgodzić się na unicestwienie, które wyrówna metafizyczny rachunek.
Niczego podobnego u Herberta nie ma. Rozwiązał on bowiem kryzys wartości odwrotnie niż rówieśnicy (czy poprzednicy): w tym zresztą oryginalność poezji, która sprzeciwiła się ogranej rozpaczy i łatwemu zagubieniu. Małe słówko „a zatem” sygnalizuje wybór, dokonany wbrew epoce – i wbrew własnym skłonnościom, żałobnym czy katastroficznym:

 

o czym mówiło pięciu
w nocy przed egzekucją

o snach proroczych
o przygodzie w burdelu
o częściach samochodu
o morskiej podróży
o tym że jak miał piki
nie trzeba było zaczynać
o tym że wódka najlepsza
po winie boli głowa
o dziewczynach
owocach
o życiu

a zatem można
używać w poezji imion greckich pasterzy
można kusić się o utrwalenie barwy porannego nieba
pisać o miłości
a także
jeszcze raz
ze śmiertelną powagą
ofiarować zdradzonemu światu
różę
(Pięciu, HPG 76)

 

To „a zatem” jest doprawdy dźwignią, która poezję Herberta odwróciła od pogrobnego katastrofizmu i nadała jej swobodną wieloznaczność. Można podziwiać energię, która kazała Herbertowi pisać – wbrew sobie samemu: już na początku zdołał on wymusić na sobie psychiczny zwrot, zadać gwałt duszy. Nie okazał on czytelnikom uczuć, które były mu niejako przyrodzone, ale tych uczuć – przezwyciężenie. Odtąd wszystko, co napisał, było już świadectwem ambiwalencji, wewnętrznego sporu między „potężnym, miłującym aniołem Schizofrenii” i „bladym, złośliwym aniołem Ironii” (Wariatka, s. 160). Prowadziła go bowiem niepohamowana miłość do przeszłości, do dzieciństwa, do wartości, które w sobie przechował: miłość ta okazała się jednak „schizofreniczna”, oderwana od rzeczywistości, jawnie ze światem skłócona. Zadaniem ironii stało się więc przypasowanie poety do świata... lub świata do poety. Jej anioł, zmęczony i zapewne chorowity, jak zwykle intelektualiści, musiał być także złośliwy, skoro swą działalność zwracał nieuchronnie przeciwko namiętnościom pisarza.
Jeśli teraz Pięciu porównać choćby z wierszami Różewicza, odsłoni się osobliwość wyboru Herberta. Liryk Niepokoju – za nim zaś, jak jeden mąż, turpiści, mizerabiliści, doloryści – mniemał, że oświęcimski kat Hoess nie tyle rozstrzelał (to byłoby pół biedy), ile raz na zawsze ośmieszył Amyntasa, róża zaś skojarzyła mu się nieodwołalnie z „imieniem umarłej dziewczyny”, nie z kwiatem. U Herberta przeciwnie: cała tradycja – razem ze swymi najbardziej drażniącymi składnikami, jak ostentacyjnym ukochaniem antyku – wychodzi z doświadczenia wojny zwycięsko. Grupa Laokoona budzi w Różewiczu śmiech: rzeźba współczesna musiałaby chyba posłużyć się nie marmurem, ale ludzkimi wnętrznościami, aby prawdziwie wyrazić cierpienie. Tymczasem u Herberta właśnie starożytna Nike najlepiej wypowiada ogólnoludzką wartość wojennego poświęcenia. Pragnęłaby ocalić chłopca, idącego „długą koleiną / wojennego wozu”, ale – dobrze rozumiejąc konieczność śmierci „z cierpkim obolem ojczyzny / pod drętwym językiem” – postanawia w końcu:

 

pozostać w pozycji
której nauczyli ją rzeźbiarze
wstydząc się bardzo tej chwili wzruszenia
(Nike która się waha, SŚ 73)

 

Jak widać, dla Herberta właśnie konwencja najdoskonalej chwyta prawdę życia. Jest w Nike to samo iunctim, które z przedśmiertnych rozmów skazańców kazało wyprowadzić prawo poety do „utrwalania barwy porannego nieba”. Brzmi ono niemal prowokacyjnie w kraju, który nadmiarem martyrologii zwykł usprawiedliwiać chaos – także literacki. Co więcej, efekt estetyczny zależy u Herberta od poskromienia osobistej ekspresji: właśnie wahająca się Nike będzie „najpiękniejsza”, ponieważ wierność konwencji zdoła objąć także – chęć wyzwolenia i zburzenia konwencji.
Ostatecznie żadne wielkie wartości nie zostaną w liryce Herberta naruszone. Ani upodlenie wojny, ani nadchodzące barbarzyństwo nie zmieniają w niczym przekonań czy obowiązków poety. Bywa nawet, że Herbert uskarża się na... własną niezłomność. Instrument, którym rozporządza, przypomina mu nie tyle lirę, ile drewnianą kołatkę bakałarza:

 

uderzam w deskę
a ona podpowiada
suchy poemat moralisty
tak – tak
nie – nie
(Kołatka, HPG 32)

 

Gdzie indziej – całkiem banalnie – stawia znak równania między wartościami moralnymi a estetycznymi:

 

nie o wieniec kamienny Troi prosimy Cię Panie
nie o pióropusz sławy białe kobiety i złoto
lecz jeśli możesz przywróć splamionym twarzom dobroć
i włóż prostotę do rąk tak jak włożyłeś żelazo –
(Fragment, HPG 22)

 

Z taką modlitwą zwraca się Herbert do Srebrnołukiego, do Apollina, któremu tak niesympatyczną rolę wyznaczył w znanym wierszu o Marsjaszu...
Cechą piękna – piękna się ten poeta bynajmniej nie wstydzi... – pozostaje bezinteresowność. Dowolny przedmiot, choćby krzesło, zobaczone wewnętrznym okiem artysty, stanie się:

 

piękne i bezużyteczne
jak katedra w puszczy

połóż na krześle
zmiętą serwetę
dodaj do idei porządku
ideę przygody
[...]
niech ma oblicze rzeczy ostatecznych.
(Studium przedmiotu, SP 54)

 

Nigdzie jednak liryzm Herberta nie bucha silniej niż wtedy, kiedy mowa o ojczyźnie. Odzywa się wtedy niespodziewanie – tonacja romantyczna, ta właśnie, którą poeta poznał w mitycznej II A, w szczęśliwym kraju młodości, kiedy uczucia były jednoznaczne... Nigdzie też lepiej nie widać, jak nietknięte pozostały dla Herberta dogmaty duchowe dawnego porządku:

 

helleńska rzymska średniowieczna
indyjska elżbietańska włoska
francuska nade wszystko chyba
trochę weimarska i wersalska
tyle dźwigamy naszych ojczyzn
na jednym grzbiecie jednej ziemi

lecz ta jedyna której strzeże
liczba najbardziej pojedyncza
jest tutaj gdzie cię wdepczą w grunt
lub szpadlem który hardo dzwoni
tęsknocie zrobią spory dół
(Odpowiedź, HPG 101)

 

II
Jakkolwiek byłby Herbert niezłomny, nie może – i nawet nie chce – zaprzeczać, że między odziedziczonymi normami a praktyką życia powstała zupełna nieprzystawalność. Poznać to nawet we wspomnianych Pięciu. Poeta pragnie tam:

 

jeszcze raz
ze śmiertelną powagą
ofiarować zdradzonemu światu
różę
(HPG 76)

 

Gdyby nie podejrzewał, że jego gest uznać mogą widzowie za błazeński, szyderczy czy parodyczny – nie podkreślałby Herbert, że ofiaruje różę „ze śmiertelną powagą”... Sygnalizuje tak osobliwą wiedzę. Zaznacza z góry, że wie, iż wygląda anachronicznie; niemniej jednak mniema, że postępuje słusznie. Dolicza niejako własną śmieszność do obrazu, który proponuje czytelnikowi... Tym samym wszakże udowadnia, że (przynajmniej intelektualnie) góruje nad przeciwnikami, nad tymi, którzy róże wyrzucili na śmietnik historii. Jest to oczywiście chwyt ironiczny. I rzeczywiście – w poezji Herberta ironia jest środkiem, który pozwala zneutralizować nieprzystawalność norm do rzeczywistości, ideałów do doświadczenia, tradycji do aktualności.
Jakże to jednak osiągnąć? I przeciwko czemu – czy komu – zwrócić ostrze delikatnego szyderstwa? Nie przeciwko wartościom: trzeba je przecie ocalić. Nie przeciw rzeczywistości: z rzeczywistością wygrać niepodobna. Im zresztą nikczemniejsza, tym bardziej grubiańska, nieprzenikalna, niepodatna ironii. Ironia zwrócić się musi przeciw miejscu mediacji, przeciwko człowiekowi, w którym spotykają się prawo i fakt: a więc przeciwko samemu poecie lub ściślej – bohaterowi lirycznemu. On to właśnie stanie się komiczny, lecz komizmem szczególnym. Śmieszność uzyska moc odkupującą; bohater liryczny poświęci niejako swą godność czy powagę, aby mogły zatriumfować (albo przynajmniej ocaleć) wartości. Pokazując, jak straszliwie do nich nie dorasta, ukaże – niczym zakochany pajac – wielkość swego przywiązania i, na ostatek, trwałość ideału, któremu tak niedołężnie służy.
Rozmowa bohatera z własnym sumieniem, przedstawiona w Głosie wewnętrznym, musi, zwłaszcza w recytacji, wywołać gromki śmiech:

 

Mój głos wewnętrzny
niczego nie doradza
niczego nie odradza
[...]
udaję że traktuję go na równi
że mi na nim zależy

czasami nawet
staram się z nim rozmawiać
– wiesz wczoraj odmówiłem
nie robiłem tego nigdy
teraz też nie będę

– glu – glu –
(SP 67)

 

Sokratejski dajmonion – pomyśli naiwny słuchacz – odpowiada współczesnemu człowiekowi bezsilną czkawką: zapewne słuszność ma poeta, powiadając, że „nie jest mi na nic potrzebny”. Lecz naprawdę jest odwrotnie. Chociaż żadnych wyraźnych poleceń bohater od swego sumienia nie otrzymuje, postępuje przecież tak, aby nie złamać prawa moralnego: „nie robiłem tego nigdy, teraz też nie będę”. Pryncypia bynajmniej nie zniknęły, zmieniły tylko – jeśli tak wolno powiedzieć – miejsce zamieszkania. Człowiek dzisiejszy odbiera „głos wewnętrzny” z niepokojącymi zakłóceniami: nie ulega wszakże wątpliwości, że zasady – trwają i nie przestają bądź działać, bądź przynajmniej budzić w bohaterze nostalgię. Przecież to on sam do siebie mówi: „glu – glu”! Tym gorzej dla niego, tym lepiej dla moralnej tradycji ludzkości, której współczujemy: w jakże marnego wcieliła się przedstawiciela .
Subtelniejsza ironia w Monie Lizie, której interpretacja musi uwzględnić uczuciową ambiwalencję poety. Dotarł on – przez kolczaste druty granic i śmiertelne doświadczenie wojny – do arcydzieła Leonarda, tyleż wielkiego co osławionego:

 

– do ciebie
Jeruzalem w ramach
[...]

no i jestem
mieli przyjść wszyscy
jestem sam

kiedy już
nie mógł głową ruszać
powiedział
jak to się skończy
pojadę do Paryża
(SP 25)

 

Herbert celowo przeciwstawia niedbałe, zaledwie gramatyczne refleksje i wspomnienia bohatera – wyrafinowanie abstrakcyjnemu opisowi Mony Lizy:

 

jakby z soczewek zbudowana
na tle wklęsłego krajobrazu
[...]
tyka jej regularny uśmiech
głowa wahadło nieruchome
[...]
jej puste ciała woluminy
są osadzone na diamentach

 

Nigdzie nie zostaje powiedziane, że obraz nie jest arcydziełem. Przeciwnie: stanowi doskonały artystyczny przedmiot, owoc najwyższej intelektualnej spekulacji. Bełkotliwa mowa przybysza zdradza zresztą, że czuje się głęboko wzruszony, że pragnąłby nawiązać z Moną Lizą intymny kontakt, godzien wieloletniego oczekiwania. Jest jednak najwyraźniej przestraszony obcością arcydzieła, zupełnie nie przystającego do jego osobistych doświadczeń:

 

tłusta i niezbyt ładna Włoszka
na suche skały włos rozpuszcza
[...]
między czarnymi jej plecami
a pierwszym drzewem mego życia

miecz leży
wytopiona przepaść

 

Byłoby wielką naiwnością powiedzieć, że Herbert pokpiwa z renesansowego malarstwa, z klasycznej piękności Giocondy. Przemawia przez niego frustracja, nie zaś niechęć, smutek obcości, nie pewność siebie. Zapewne, ironia gryzie już obie strony, przegadany obraz i ogłupiałego turystę. Lecz najtrafniej byłoby podpisać wiersz tytułem książki Herberta: i tym razem przed wrotami ogrodu minionych piękności stanął – północny barbarzyńca .
Po moralności i pięknie – religia. Ostatnia prośba matki:

 

Nie mogła już głową ruszać
skinęła bym się nachylił
– masz tu dwieście złotych
dołóż resztę
i zamów Mszę Gregoriańską
[...]
chciała Mszę

no i ma
(SP 28)

 

Tymczasem jednak Msza – odprawiana w nieznośnym upale – nie może w obecnych wzbudzić żadnych duchowych poruszeń. Bohater zapomina słów modlitwy, zagapia się w wosk, co ścieka ze świec na ołtarzu, poci się i czeka końca:

 

może
ten ksiądz
zrobi za nas
to czego my nie możemy zrobić
może on się choć trochę wzniesie

 

Ale nie wznosi... Łatwo sobie wyobrazić, co mniej delikatne pióro zrobiłoby z równie jaskrawych przeciwstawień. Herbert nie pozwala nam jednak zapomnieć, że bohater spełnia ostatnie życzenie matki. I nie tyle daremność obrzędu (nic o nim właściwie nie mówi), ile duchowa słabość uczestników budzi w nim zawstydzenie!
Wartości religijne ironia Herberta ujmuje szczególnie ambiwalentnie. Szczęście istnienia, ziemska obecność piękna, naturalna moralność przyjaźni i oddania – zwyciężają z reguły wszelkie metafizyczne machiny. „Lepiej być skrzypieniem podłogi – powiada nawet Herbert – niż przeraźliwie przezroczystą doskonałością” (Żeby tylko nie anioł). Ironia, sarkazm nawet gryzą więc wszystko, co jawi się jako dogmat, przepis, reguła: wszystko, co zastępuje bezosobową – a zatem fanatyczną – sprawiedliwością radość chwili, poryw serca, dar łaski ... A przecież nie znaczy to bynajmniej, aby ów ordo naturalis, przyrodzony ład, do którego Herbert tęskni, nigdy nie mogąc się w nim zadomowić, pozbawiony był metafizycznego fundamentu. Przeciwnie, religia – rozumiana jako zasada dobrej cywilizacji – jest w świecie Herberta zdecydowanie obecna. Zdaje się on nieraz żałować czasów, kiedy on sam – a wraz z nim cała społeczność – umiał wierzyć naiwnie. Jeśli więc wartości, jakie niosła religia dzieciństwa, okazują się istotnie przebrzmiałe, nieprzystawalne, zachowują zawsze i piękno, i dostojeństwo. Postawa rozczarowanego tradycjonalisty, który tęskni do duchowej prostoty, właściwej owemu „dawniej”, kiedy dalej było do końca świata, do rozsypania wszelkich pewników...
Panoramę można by skończyć obrazem poety. Jeśli wierzyć początkowi Przypowieści – jaki ten poeta niepoważny, pokraczny nawet:

 

Poeta naśladuje głosy ptaków
wyciąga długą szyję
a wystająca grdyka
jest jak palec niezgrabny na skrzydle melodii
(HPG 30)

 

Ale w ośmieszaniu siebie i sobie podobnych Herbert jest właściwie niewyczerpany. Poeta to naiwny chłopczyk w krótkich portkach, którym manipulują cyniczni, doświadczeni panowie. To komiczny cyklop, co we własnym pojęciu góry porusza, naprawdę zaś przesypuje w palcach piasek. Bezdennie zadufany, mniema, że „bez pomocy teologów” – „zgłębi tajemnicę istnienia”. Jest ptakiem, owszem, ale skarlałym: niczym kogut, wierzy, że przyśpiesza wschód słońca; zaś nad napisanym wierszem zanosi się kurzym gdakaniem...
Liryczny poryw budzi więc w Herbercie spontaniczne szyderstwo: gwiazdy nawet wzdrygają się na myśl, że mogłyby zostać ziemią poetów . Tymczasem w zakończeniu wspomnianej Przypowieści:

 

czym byłby świat
gdyby nie napełniała go
nieustanna krzątanina poety
wśród ptaków i kamieni

 

Także więc i tutaj podziałał znany mechanizm: Herbert po to poniża nosiciela wartości, aby wywyższyć wartość, po to wyszydza zastosowanie prawa, aby samo prawo ocalić. Poezja kompromituje poetów, religia wiernych, ojczyzna patriotów, piękno estetów, moralność – wszystkich: ironia jest nie tyle poczuciem niewystarczalności ludzkich pragnień i starań, ile zemstą ideału na zjadaczach chleba.

 

III
Umiejętności poetyckie Herberta odznaczają się przede wszystkim dyskrecją. Nie grozi mu ani metaphoritis, ani rozpusta skojarzeń. Jego obrazowanie słucha nakazów rozsądku. Nawet opisać je trudno: wierszom Herberta brak bowiem – przynajmniej w powierzchniowej warstwie stylu – wyrazistych, rzucających się w oczy wyróżników. Dlatego też jest on, jak pisał Kwiatkowski – „poetą, przy którego lekturze pogodzą się Bieńkowski i Słonimski, docent filologii klasycznej i bywalec młodzieżowej kawiarni, uczeń Ignacego Chrzanowskiego i uczeń Kazimierza Wyki” . Jego sekrety leżą wprawdzie na wierzchu, ale – powleczone ochronnym kolorem tradycji, mylącym zresztą i złudnym – umykają spostrzegawczości czytelnika, niczym list w noweli Poego.
Najłatwiej zapewne uchwycić systematyczne zmiany tonacji. Co przez to rozumiem? W tym samym wierszu Herbert często obniża i podnosi wysokość stylu, przechodząc od patosu do (umiarkowanej) wulgarności, od intymności do kaznodziejstwa. Tymi modulacjami przywołuje także rozmaite konwencje gatunkowe, które wykształcony czytelnik (a takiego poezja Herberta zakłada!) zachował w pamięci. Ułamki ody, elegii, epigramatu czy poematu opisowego współistnieją momentalnie w tych niedługich utworach. Łatwe w lekturze, stanowią one bowiem owoc cierpliwej erudycji i wytrwałych manipulacji...
Przykłady? Zwykły opis wodnego zwierzątka, chwilami przyrodniczo dokładny, podręcznikowy, chwilami z cicha pęk żartobliwy, jak w bajce:

 

Nie jest duży
koń wodny
najwyżej
trzy cale
i pół

mocny pancerz chroni
jego istotę
przewód pokarmowy
narządy rozrodcze
węzeł cerebralny

 

– kończy się patetycznie napiętym pytaniem, którego daremność odsyła myśl ludzką do niepojętej przygodności istnienia:

 

katedry koni wodnych
cyrki akwedukty

gdzie się zapadły
albo kiedy wzejdą
kto udowodni konieczność

kto przyjmie istnienie
(Koń wodny, SP 60)

 

Powaga i szyderstwo, współczucie i obojętność, konwencjonalny przymus ducha i nagła cierpliwość ciała wymieniają się czasem – niemalże bluźnierczo:

 

Po deszczu gwiazd
na łące popiołów
zebrali się wszyscy pod strażą aniołów

z ocalałego wzgórza
można objąć okiem
całe beczące stado dwunogów
(U wrót doliny, HPG 9)

 

Zbawione baranki okazują się „beczącymi dwunogami”: okazują komu? Kwiatkowski spostrzegł, że poemat o dolinie Jozafata opowiada Herbert – tonem sprawozdawcy sportowego:

 

ale dość tych rozważań
przenieśmy się wzrokiem
do gardła doliny
[...]
aniołowie stróże są bezwzględni
i trzeba przyznać mają ciężką robotę

 

Jest w liryce Herberta – mówiąc medycznym terminem – uczuciowa labilność. Napięcie wznosi się i niespodziewanie, jakby bez powodu, opada. Serce podchodzi do gardła, lecz wzruszenie kończy się wzruszeniem ramion. Radosnym okrzykom odpowiadają momenty zaledwie zrozumiałej dysforii. Tej chwiejności nie można oczywiście ograniczyć do świadomości ironii. Całą poezję Herberta rozdziera opozycja między Arkadią cnoty i piękna oraz Apokalipsą współczesności. Pogodnemu szczęściu humanistycznej mądrości (raz epikurejskiej, raz moralistycznej) sprzeciwiają się niezmiernie często majaki, natręctwa i urojenia lękowe. „Podminowana jest rodzinna ziemia...”. Nie przypadkiem rywalem Apollina nie jest dla Herberta Dionizos, jak zazwyczaj bywało, ale obdarty ze skóry Marsjasz: jego to los nie przestaje nawiedzać podświadomości poety. Zazwyczaj jednak lęk zostaje wysublimowany w ironię, zaś dokuczliwa chwiejność uczuć – uspokojona kontrapunktem lirycznych tonacji. Także ta poezja jest świadectwem zwycięstwa nad własną niemocą.
Wahaniom tonacji odpowiadają zawsze określone przesunięcia stylistyczne. Pełnym okresom, wspartym często o retoryczne wyliczenie, przeciwstawiają się gramatyczne niedokładności, wypowiedzi urwane i niepełne:

 

między czarnymi jej plecami
które są jakby księżyc w chmurze

a pierwszym drzewem okolicy
jak wielka próżnia piany światła

no i jestem
czasem było
czasem wydawało się
nie warto wspominać
(Mona Liza, SP 25)

 

Jednolitemu językowi aluzji religijnych (albo, gdzie indziej, tradycyjnych inwokacji poetyckich) – rzuca bezceremonialne wyzwanie bezładna proza codzienności, pozbawiona jakiejkolwiek wartości wzruszeniowej. Po lirycznym objawieniu, kiedy:

 

ziemia stanęła
niebo stanęło
moja nieruchomość
była prawie doskonała

zadzwonił listonosz
musiałem wylać brudną wodę
nastawić herbatę
(Objawienie, SP 65)

 

Pamiętać należy, że obie tonacje wiersza przeplatają się aż do końca bynajmniej nie ironicznego:

 

zapatrzony
w serce rzeczy

martwą gwiazdę

czarną kroplę nieskończoności

 

Zgodne to z ogólną tendencją tej twórczości, która poezji przyznaje zwykle przewagę nad prozą, pięknu nad codziennością, mądrości nad cynizmem.
Podobnie jak retorykę zastępuje styl konwersacyjny, zaś mowę symboliczną i opatrzoną gwarancją poetyczności – wypowiedź czysto prozaiczna, tak świadoma anachronizacja pośpiesznie burzy możliwość iluzji i prowadzi do ironicznego wniosku:

 

Jonasz syn Amathi
uciekając od niebezpiecznej misji
wsiadł na okręt jadący
z Joffen do Tharsys

potem były rzeczy wiadome
wiatr wielki burza
załoga wyrzuca Jonasza w głębokości
morze staje od burzenia swego
(Jonasz, SP 39)

 

Pomieszanie cytatów biblijnych ze skrótami narracji brzmi szczególnie zgryźliwie i nonszalancko. A przecież nigdzie nie widać wyraźniej, że ironia Herberta zwraca się – wymienionymi chwytami – przeciwko współczesności:

 

współczesny Jonasz
[...]
postępuje chytrzej
niż biblijny kolega

 

– ucieka bowiem od nakazu Bożego, osiedla z dala od Niniwy i handluje bydłem i antykami. Kiedy jednak – zamożny zapewne i szanowany – umiera w szpitalu, sam nie wie, kim był... i poezji, mądrości pozostanie na wieki nieużyteczny:

 

i balsam przypowieści
nie ima się jego ciała

 

Wszystkie te – niewinne na pozór – igraszki i modulacje oznaczają zawsze zmiany poziomu wiedzy o rzeczach. To właśnie, co można by żartobliwie nazwać wahaniem potencjału wiedzy o świecie, podnosi zabawę do godności ironii, ładuje poezję Herberta szczególną mądrością. Rozumienie bowiem ludzi i świata nie jest niczym innym jak umiejętnością patrzenia cudzymi oczami; zaś sądzenie sprawiedliwe i roztropne – zdolnością wznoszenia się na coraz wyższe piętra wiadomości, nie zapominając wszakże o niczym, co ugrzęzło niżej. Że te wędrówki czy oscylacje niosą w sobie zarówno sentyment (przynajmniej zaś współczucie), jak trzeźwość oceny (złączoną zwykle z nagłym uczuciowym chłodem) – dowodem poetyckie prozy Herberta poświęcone wyobraźni dziecinnej. Znać tam chęć powrotu do naiwności, ucieczkę od dojrzałości nawet; w rozkoszowaniu się zaburzeniami logiki czuć niekiedy niepokojącą artystycznie słodyczkę. Wszystko jednak kończy się zawsze złośliwościami, rozczarowaniami, w których właśnie wyraża się przyrost wiedzy o świecie. Jest tak, jakby – pisząc wiersz – bohater nagle mądrzał czy doroślał:

 

Niedźwiedzie dzielą się na brunatne i białe oraz łapy, głowę i tułów. Mordy mają dobre, a oczka małe. One lubią bardzo łakomstwo [...] Dzieci, które kochają Kubusia Puchatka, dałyby im wszystko, ale po lesie chodzi myśliwy i celuje z fuzji między te dwa małe oczka.
(Niedźwiedzie, HPG 136)

 

Można teraz podsumować. Zmiany tonacji (do których sprowadzają się wszystkie archaizacje, anachronizmy, prozaizmy itd.) oraz wahania wiedzy o świecie (bohater wiersza, na początku naiwny, okazuje się w finale mędrcem albo odwrotnie) – składają się wspólnie na manipulowanie podmiotem lirycznym, manipulowanie, które jest naczelnym chwytem Herberta i zarazem przesłanką formalną zaborczej ironii. Patrzy on zawsze na podmiot liryczny z pewnej odległości. Tak bardzo, że można by wręcz mówić o systematycznym rozszczepieniu wypowiadającego wiersz głosu na podmiot i na bohatera lirycznego... i to nie tylko tam, gdzie Herbert uprawia jawnie lirykę roli. Z reguły podmiot liryczny kompromituje bohatera. Albowiem podmiot, który buduje nam obraz autora, jest mądrzejszy, przynależny do świata wiecznych wartości; bohater natomiast, jeżeli niejawnie głupszy, to na pewno słaby, zaślepiony, bezradny; oczywiste, że bytuje on w świecie codziennej praktyki. Manipulacje Herberta przypominają zabawy z lornetką. Podmiot obserwuje bohatera: im bardziej go sobie przybliża (aż do utożsamienia niekiedy), tym bywa wyrozumialszy, podatniejszy wzruszeniom, bardziej uczuciowy i kapryśny. Im bardziej zaś oddala (aż do granicy rozszczepienia na różne osoby), tym też okazuje się surowszy, bardziej drwiący, szyderczy, wymagający. Pamiętać jednak należy, że rozróżnienie, które przeprowadziłem, sam Herbert zawsze eskamotuje. Pragnie on utrzymać czytelnika w przekonaniu, że podmiot i bohater liryczny są doskonale tożsami: oscylacje nie są niczym innym, jak labilnym właśnie „nurtem uczucia” jednorodnego niby poety.
W wierszu Szuflada – mowa o tej szufladzie, gdzie poeta niezłomnie składał swe utwory w latach stalinizmu – znać bardzo wyraźnie manipulacje Herberta. Podmiot zbliża się do bohatera, aby się znowu odeń oddalić, przy czym jednak nie można mieć wątpliwości, że idzie o tę samą rzeczywistą osobę:

 

szuflado liro utracona
a jeszcze tyle wygrać mogłem
bębniąc palcami w puste dno
a taka dobra była rozpacz
więc jakże trudno jest się rozstać
z pożywnym bólem bez nadziei

pukam do ciebie otwórz przebacz
nie mogłem dłużej milczeć sprzedać
musiałem kamień mej niezgody
taka jest wolność trzeba znowu
wymyślać i obalać bogów
gdy już się z pieśnią zmaga cezar

a teraz szumi pusta muszla
o morzach które w piasek uszły
o burzy ściętej w kryształ soli
zanim szuflada przyjmie ciało
taki to mój nieskładny pacierz
do czterech desek moralności
(SP 31)

 

Godne uwagi, jak sprawiedliwie porozdzielał Herbert argumenty: tak dalece, że moralność skojarzył ze śmiercią, szufladę zaś – z trumną...
Że opozycja podmiotu i bohatera uwarunkowana jest poziomem wiedzy, dowodzi nawet błahy Guzik:

 

Najładniejsze bajki są o tym, że byliśmy mali. Ja lubię najbardziej tę, jak to raz połknąłem kościany guzik. Mama wtedy płakała.
(HPG 108)

 

Nikt nie podejrzewa, że w tych trzech zdaniach dokonał się zabieg nader okrutny: podmiot liryczny włamał się do podświadomości swego bohatera. Tylko on bowiem zdał sobie sprawę, że najmilszymi bajkami (= wspomnieniami) z dzieciństwa są opowieści o chwilach, kiedy mały człowiek wyłamuje się spod opieki rodziców, przestaje tworzyć jedność z matką, której tym samym zadaje ból.
Można by również powiedzieć, że Herbert wpisuje w lirykę tout court – lirykę roli: ta ostatnia stanowi w każdym razie zrozumiałe uwieńczenie technik ironii . W Powrocie prokonsula rozważania rzymskiego urzędnika, którego do powrotu nakłania nostalgia, w Afryce zaś trzyma najzwyklejszy strach przed Cezarem – w najmniejszym stopniu nie przekonują o szczęśliwym zakończeniu całej sprawy:

 

mam naprawdę nadzieję że jakoś to się ułoży
(SP 41)

 

– powiada prokonsul, o którym dobrze rozumiemy, że zginie albo zostanie łajdakiem, o ile naprawdę zdecyduje się kiedyś powrócić. I tutaj mowa poetycka, silniej zmetaforyzowana, służy uczuciom prawdziwym, zaś chwiejność wypowiedzi (aporia) sygnalizuje złą wiarę swoim prozaicznym tokiem:

 

postanowiłem wrócić jutro lub pojutrze
nie mogę żyć wśród winnic wszystko tu nie moje
[...] deszcz szklany kwiaty pachną woskiem
o puste niebo kołacze suchy obłok
więc wrócę jutro pojutrze w każdym razie wrócę

 

Komedią złej wiary jest również Tren Fortynbrasa. Fortynbras niewątpliwie wierzy własnym słowom, kiedy mówi do martwego Hamleta:

 

wybrałeś część łatwiejszą efektowny sztych
lecz czymże jest śmierć bohaterska wobec wiecznego czuwania

z zimnym jabłkiem w dłoni na wysokim krześle
z widokiem na mrowisko i tarczę zegara
(SP 43)

 

Zdradza go jednak cyniczna pogarda („mrowisko”) i bezsilny gniew na trupa, gniew, który na próżno usiłuje ukryć. Żadne interpretacje nie przesłonią w Fortynbrasie zwykłego świntucha, którym zresztą wcale nie był u Szekspira... Liryka roli jest często liryką demaskacji, ale tutaj ironia przerasta jawnie w szyderstwo. Bohater (Fortynbras) jest bowiem zbyt daleko od poety, aby nie budził zwyczajnego gniewu, zwyczajnego obrzydzenia.

 

IV
Ironia służy wartościom. Zapewne. Jakże jednak żyć w świecie, któremu „brak węzła”? Gdzie zanika poczucie tragiczności, będącej – jak wiadomo – najwyższym z hołdów, jakie literatura składa wartościom, równie niemożliwym co koniecznym:

 

Klitajmestra otwiera okno, przegląda się w szybie, by włożyć swój nowy kapelusz. Agamemnon jest w przedpokoju, zapala papierosa, czeka na żonę. Do bramy wchodzi Agistos. Nie wie, że Agamemnon wczoraj w nocy wrócił. Spotykają się na schodach. Klitajmestra proponuje, aby pójść do teatru. Odtąd często będą chodzili razem.
Elektra pracuje w spółdzielni. Orestes studiuje farmację. Wkrótce ożeni się ze swą nieostrożną koleżanką o bladej cerze i wiecznie załzawionych oczach.
(Brak węzła, N 47)

 

W poecie budzi się – czy też ćmił się zawsze? – lęk przed karą:

 

i tylko nas przeciwko którym
ojcowie kościoła pisaliby broszury
contra academicos
tylko nas spotka los straszny
płomień i lament
bowiem przyjąwszy chrzest ziemi
zbyt mężni byliśmy w niepewności
(Chrzest, HPG 7)

 

Ironista drży, ponieważ zobaczył samego siebie – ironicznie: jako intelektualistę, który stracił umiejętność sądu i działania, rozlubowawszy się w zestawianiu przeciwstawnych racji. Ale ukarać mogą nie tylko wartości. Kto wie, czy taki wyrok nie byłby Herbertowi balsamem?... Ironistom zagraża bardziej historia, ponieważ attyckiej soli bywało najwięcej w epokach schyłku. Ironia zwraca się wtedy przeciw samej sobie, nie tylko przeciw ironiście:

 

Naprzód był bóg nocy i burzy, czarny bałwan bez oczu, przed którym skakali nadzy i umazani krwią. Potem w czasach republiki było wielu bogów z żonami, dziećmi, trzeszczącymi łóżkami i bezpiecznie eksplodującym piorunem. W końcu już tylko zabobonni neurastenicy nosili w kieszeni mały posążek z soli, przedstawiający boga ironii. Nie było wówczas większego boga.
Wtedy przyszli barbarzyńcy. Oni też bardzo cenili bożka ironii. Tłukli go obcasami i wsypywali do potraw.
(Z mitologii, SP 37)

 

Tak więc katastrofizm, wygnany przed dwudziestu laty, wraca znowu do poezji Herberta... i to głównymi drzwiami:

 

Ogromny chłód wieje od Longobardów
[...]
Wyprostowani idą z północy bezsenni
Prawie ślepi kobiety nad ogniskami kołyszą czerwone dzieci
Ogromny chłód wieje od Longobardów
Cień ich trawę przeplata kiedy zlatują w dolinę
Krzycząc swoje przeciągłe nothing nothing nothing
(Longobardowie, N 31)

 

Cóż można przeciwstawić zawołaniu nicości? „Przeciągłemu nothing nothing nothing”, kwintesencji barbarzyńskiego nihilizmu? Postać Pana Cogito, dzięki któremu liryka roli sięgnie doprawdy najwyższego mistrzostwa.
Powołując do istnienia zmyślonego bohatera wypowiedzi, którego opisuje i któremu często oddaje głos, Herbert może jawniej zmierzyć się ze światem, który go otacza. Zarazem jednak umieszcza się w historii, odsłaniając własną słabość i ograniczenie. Pan Cogito jest zatem – wśród postaci Herberta – najbardziej heroiczny i najboleśniej ułomny. Przestaje kryć się za dostojeństwo tradycji, choćby literackiej: zobaczony z dystansu, staje się jednym z nas, przechodniów końca wieku. Jego lewa noga

 

zbyt kochająca życie
żeby się narażać

prawa
szlachetnie sztywna
drwiąca z niebezpieczeństwa
(O dwu nogach Pana Cogito, PC 7)

 

Jego przepaść nie jest pascalowska: mógłby ją zasypać, ale nie chce, w tym jego śmieszność i godność... Jego ból – „nie do dna”. Gra z nim, pragnąc:

 

stworzyć z materii cierpienia
rzecz albo osobę
(Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu, PC 17)

 

Jego rozważania kręcą się w kółko, rzadko tylko dochodzą do „rwącej rzeki cudzych myśli” (Pan Cogito a ruch myśli). Muzę ma kuchenną, codzienność mieszczańską, gusta pospolite. Nawet sny ma szare:

 

gdyby choć raz mi się przyśnił czerwony kubrak kata
lub naszyjnik królowej byłbym wdzięczny snom
(Pan Cogito biada nad małością snów, PC 43)

 

Słowem, Panu Cogito daleko do wielkości. A przecie on właśnie – mimo czy dzięki swej zwykłości – jest najpełniej człowiekiem. Żaden z niego Prometeusz: ale cóż zostało dzisiaj półbogowi, prócz wypchanego orła i „dziękczynnego listu tyrana Kaukazu, któremu dzięki wynalazkowi Prometeusza udało się spalić zbuntowane miasto”. Nie łudzi się skutecznością działania, pragnie tylko dać świadectwo. Bawi się w cudaczną „grę Kropotkin”, gdzie – odtwarzając ucieczkę rosyjskiego anarchisty z więzienia – rezerwuje sobie rolę „pośrednika wolności”, choćby konia, uwożącego karetę uciekiniera. Tej wolności sam nie odważyłby się użyć w społeczeństwie, za dobrze wie, jak prędko rewolucjonista zmienia się w tyrana... Żaden też z niego filozof. Opowiada przecie, że kiedy Bóg objawił się Spinozie, to nie jako intellectus archetypus, ale jako przyjaciel prostaczków, który radził mędrcowi zadbać o zmęczony wzrok i podupadły dom. Pana Cogito nie kusi także sztuka „zziajanych alchemików halucynacji”, której „krzyk wymyka się formie” ku radości właścicieli nowych gałęzi przemysłu... i frustracji podstarzałych poetów, na próżno chcących podlizać się młodości. Ceni to tylko, co proste, dostępne oku, ręce i zrozumieniu; czuje jednak dobrze, jak bardzo jest anachroniczny. Czyżby zamieszkał już w przeszłości? Owszem, ogarnięty troską, poradziłby się najchętniej mądrego rabina z dziecinnego Bracławia; ale nie zostało mu „ani jednego cienia z domu mego [...] ani też żadnej rzeczy która nasza jest” . Przeszłość Pana Cogito jest jednak nie tyle historią, ile powszechnością naturalnego ładu, naruszonego przez współczesność. Jego rodzina jest rodziną archetypową. Chociaż opuszczony, ojca rozpoznaje w Bogu, matkę w Ziemi, dzięki siostrze odkrywa różnicę, principium individuationis, dzięki towarzyszce życia – niezdolność porozumienia, najbardziej niepokonalne z wyobcowań... „Współudział z Bogiem w określaniu prawdy i dobra, oddalenie od centrum życia i wieczne nienasycenie, wynikające z poznania utraconych możliwości – powiada słusznie Ryszard Przybylski – to konsekwencje wychowania Pana Cogito w archetypicznej rodzinie” .
Pan Cogito opowiada się zawsze przeciw doktrynie, systemowi i tłumowi. Dlatego także wybiera w poezji przezroczystość semantyczną: „jest to właściwość znaku polegająca na tym, że w czasie używania go uwaga jest skierowana na przedmiot i sam znak nie zatrzymuje na sobie uwagi. Słowo jest oknem otwartym na rzeczywistość” . Ale przecie żaden znak nie jest naprawdę przezroczysty. Jeśli zdaje się prowadzić wprost do rzeczy, to dlatego, że został mocno zakotwiczony w takiej tradycji, która nabrała mocy uniwersalnej. Dlatego Herbert często odnawia utarte zwroty, bawi się paradoksalnie prostym przeciwstawieniem. Nie ma – powiada – czystszego źródła melancholii niż brudne przedmieścia. Poeta „w pewnym wieku” nie jest pierwszej młodości i zarazem – żyje w stuleciu o nieokreślonym, podejrzanie nowym obliczu. Jeśli Herberta interesują nogi Pana Cogito, to także dlatego, że mówi się po polsku o człowieku trzeźwym, iż stąpa „dwoma nogami” po ziemi. Pospolite figury stylistyczne bierze Herbert w cudzysłów: „tak zwany kielich goryczy”, „błękitna krew / księcia anarchistów”, „nieruchomy jak pomnik / na jednej nodze”. Lubi omówienie, metonimię i litotes. „Mała kosmologia z wypalonej gliny” – mówi o świętym posążku, zaś o topielcu to tylko, że jego myśli „błąkają się bezradnie pod lodem”. Jego przenośnie bywają często poglądowe i oczywiste, bardziej pomyślane niż zobaczone. Myszy biegają „na podłodze głowy”, domy przedmieścia mają „podkrążone okna” i „nigdy nie były w teatrze”. Bawi się animizacją, zapewnia, że wewnętrzna przepaść „dojrzeje / i będzie poważna”, jeśli ją umiejętnie karmić . Albo ucieleśnia porównanie: kiedy Pan Cogito dochodzi do stanu, ze czysta myśl „jest jak woda”:

 

marszczy się nagle woda
i fala przynosi
blaszane puszki
drewno
kępkę czyichś włosów
(Pan Cogito a myśl czysta, PC 21)

 

Wszystko to środki słabe, które nie chcą zdumieć ani olśnić czytelnika. Wypełniają one natomiast tkaninę wiersza bardzo równomiernie, aby umysł pracował regularnie i nie przeskakiwał od znudzenia do zachwycenia. Herbert bardziej ufa rozumowaniu niż obrazowaniu, zaś rozwój wiersza jest dla niego przede wszystkim postępem refleksji, której znaczenie odsłania się dopiero po zakończeniu lektury, kiedy na jawny sens nałoży się ukierunkowanie ironii. Wszędzie więc Herbert – zgodnie z poglądami Pana Cogito, który nie lubił ani halucynacji, ani sofistyfikacji... – pracuje wbrew współczesnym tendencjom poetyckim, zwłaszcza kontynentalnym. Jeśli szukać mu nauczycieli, to najprędzej – Czesława Miłosza, który już w 1947 roku zalecał poetom rehabilitację refleksji i swobodne manipulowanie różnorakimi idiomami. Na pewno też Herbert podpisałby się pod jego niewesołym wyznaniem:

 

Wolno nam było odzywać się skrzekiem karłów i demonów
Ale czyste i dostojne słowa były zakazane
Pod tak surową karą, że kto jedno z nich śmiał wymówić
Już sam uważał się za zgubionego
(Zadanie)

 

Do tych „czystych i dostojnych” słów docierał Herbert przez ironię... Nie przypadkiem w Panu Cogito mniej tej attyckiej soli niż dawniej. Więcej za to sarkazmu, czasem gniewnego, czasem zrezygnowanego, a także patosu, zwykle przygaszonego: Herbert nie przestał przecie unikać jaskrawych środków i mocnych uderzeń, którymi zachwyca się profanum vulgus.
Pan Cogito nie chce mieszkać w historii. Ale nie zna innego mieszkania. Skazany na cielesność, ba! dumny ze swej ludzkiej zwykłości, nie może już uciec do nieba czystej poezji, bezosobowej prawdy, idealnego dobra. Jest przecie istotą z krwi i kości, osobą, nie – znakiem... W Utyce, gdzie:

 

świątynię wolności
zamieniono na pchli targ

senat obraduje nad tym
jak nie być senatem

obywatele
nie chcą się bronić
uczęszczają na przyspieszone kursy
padania na kolana
[...]
poza tym jak zwykle
handel i kopulacja
(Pan Cogito o postawie wyprostowanej, PC 85)

 

– nie pozostaje mu nic innego niż heroizm. Chce umrzeć stojąc, nie czekając ani wspomnienia, ani nagrody:

 

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
[...]
idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny Idź
(Przesłanie Pana Cogito, PC 88)

 

[1970]

 

Pierwodruk: „Poezja” 1970 nr 3. Cyt. za: Poznawanie Herberta, Wybór i wstęp Andrzej Franaszek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998.

 

 

 

       >  Jan Błoński
            
Zbigniew Herbert

       >  Jan Błoński
            
Tradycja, ironia i głębsze znaczenie

       >  Tomasz Burek
            
Herbert – linia wierności

       >  Marian Stala
            
Rok 1983 – głos poety

       >  Mateusz Werner
            
Rovigo-portret na pożegnanie

       >  Piotr Śliwiński
            
Poezja, czyli bunt

       >  Stanisław Barańczak
            
Ironie

       >  Per-Arno Bodin
            
Barbarzyńca i lustro

 

       >  Kazimierz Wyka
            
Składniki świetlnej struny

       >  Ryszard Przybylski
            
Między cierpieniem a formą

       >  Jan Józef Lipski
            
Między historią i Arkadią wyobraźni

       >  Julian Kornhauser
            
Uśmiech Sfinksa

       >  Jacek Łukasiewicz
            
Ostatnie książki Herberta

       >  Bogdana Carpenter
            
Zbigniewa Herberta lekcja sztuki

       >  Janusz Sławiński
            
Tren Fortynbrasa

       >  Jacek Łukasiewicz
            
Elegia na odejście pióra atramentu lampy

 

       >  Jerzy Kwiatkowski
            
Imiona prostoty

       >  Karl Dedecius
            
Uprawa filozofii

       >  Stanisław Barańczak
            
O czym myśli Pan Cogito

       >  Marta Wyka
            
Herbert-poeta metafizyczny

       >  Andrzej Franaszek
            „r
óża w czarnych włosach"

       >  Jacek Łukasiewicz
            
Studium przedmiotu

       >  Edward Hirsch
            
Wierność rzeczy