Wydrukuj tę stronę

Herbert – linia wierności

 

6


 

  

Herbert nigdy nie przerwał dialogu ze zmarłymi. Przeczuł, że amnezja i obojętność stawać się mogą sprzymierzeńcami władzy nieludzkiej w jej dziele ujednolicania kultur i odbierania tożsamości narodom.

TOMASZ BUREK

 

Wszystkie linie zagłębiają się w dolinie dłoni
w małej jamie gdzie bije źródełko losu
oto linia życia patrzcie przebiega jak strzała
widnokrąg pięciu palców rozjaśniony potokiem
który rwie naprzód obalając przeszkody
i nie ma nic piękniejszego nic potężniejszego
niż to dążenie naprzód

jakże bezradna jest przy niej linia wierności
jak okrzyk nocą jak rzeka pustyni
poczęta w piasku i ginąca w piasku
może głębiej pod skórą przedłuża się ona
rozgarnia tkankę mięśni i wchodzi w arterie
byśmy spotykać mogli nocą naszych zmarłych
we wnętrzu gdzie się toczy wspomnienie i krew
w sztolniach studniach komorach
pełnych ciemnych imion
(SŚ 75)

 

– tak ongiś pisał Herbert w wierszu Wróżenie. Urodzonemu w 1924 roku we Lwowie, dane było przeżyć już w latach wczesnej młodości wydarzenia i sprawy wiadome: tragedię napadniętego zdradziecko państwa, utratę niepodległości, utratę rodzinnego miasta, klęskę całego swego pokolenia – ofiarnej młodzieży akowskiej – dziesiątkowanej, ginącej na darmo w partyzanckich lasach i pod gruzami powstańczej Warszawy. A później, po skończonej wojnie i problematycznym wyzwoleniu („kiedy go wyzwolono / ze wstydu / zapłakał po raz drugi” – czytamy w Życiorysie), po owym „wyzwoleniu”, które w rzeczywistości oznaczało dlań odcięcie i wygnanie, opuściwszy strony ojczyste – wchłonięte przez potężniejszego sąsiada – wędrował na wskroś nieszczęśliwą Polską, tak jak ona duchowo wydziedziczony, niepewny przyszłości i wątpiący: Kraków, Sopot, Toruń, wreszcie Warszawa – znaczą jego drogę. Student prawa oraz nauk filozoficznych, dojrzewał w apogeum stalinowskiej epoki, stając się milczącym z konieczności świadkiem triumfów przewrotności i przemocy. Musiał patrzeć na poniżenie szlachetnych i mężnych, na bezsilność i samotność rozumnych, na uległość zastraszonych, żyć pośród wszelkich okropności, jakie towarzyszyły próbom zaprowadzenia nowego ładu nad Wisłą. Wprawdzie jako poeta debiutował w początkach lat pięćdziesiątych wierszami ogłaszanymi na łamach prasy katolickiej, ale większość rzeczy napisanych wkładał do szuflady. Otworzyła tę szufladę dopiero historia. Tak zwana odwilż, czyli stopniowa liberalizacja polityki kulturalnej, zapoczątkowana w 1955, rewolta antystalinowska roku następnego – ułatwiły dekonspirację wyobraźni. W krótkim odstępie czasu Herbert publikuje dwie dojrzałe – dzisiaj już klasyczne – książki poetyckie: Strunę światła (1956) i Hermesa, psa i gwiazdę (1957), dołączając tym samym do fali debiutów spóźnionych (przypadek Białoszewskiego) bądź ponownych (przypadek Aleksandra Wata).
Powiedzieliśmy: dekonspiracja wyobraźni. I powiedzieliśmy tak nie bez przyczyny. Inaczej bowiem niż wielu jego literackich rówieśników, którzy lubili wspinać się na palce i pozować na Kolumbów, gdy naprawdę byli w swym pisarstwie płaskimi oportunistami, Herbert uprawiał w najtrudniejszych latach poezję z głębokiej istoty podziemną i nie pogodzoną z rzeczywistością. Poezję, która stanowiła właśnie rodzaj kryptogramu; która w symbolicznym przymierzu z „ciemnymi imionami” pobitych spiskowała przeciw małoduszności żywych; która w czystości tonu i powadze tematyki nawiązywała łączność z przerwaną pieśnią „poległych poetów”; i która umiała obronić i zachować wbrew prawom wilczego czasu moralne wartości konspiracji patriotycznej.
Świadek pochodu totalitarnej cywilizacji w obydwu jej wcieleniach: faszystowskim i komunistycznym, nie potrafił Herbert zaakceptować naiwnie haseł aktywizmu ani powierzyć się z ufnością (bądź z przebiegłą kalkulacją) prądowi „nowego życia” – jak to uczynili inni, nie zawsze głupi lub podli. Od początku nie dowierzał optymizmowi fasadowych ruchów ideologicznych i politycznych; w mniemanej dynamice i orientacji przyszłościowej tych ostatnich wyczuwał trupi zaduch nicości i brak związku z losem pojedynczego, konkretnego człowieka. Żywe wartości znajdował gdzie indziej: w pamięci, przeszłości, tradycji i kulturze. Mówił ustami umarłych.
Nie posłuchał więc zaleceń swego poprzednika – Miłosza. W odróżnieniu od Miłosza, który w słynnej Przedmowie do tomu Ocalenie egzorcyzmował przeszłość, aby nie wracała więcej, który w Ucieczce wołał niemal bluźnierczo: „Niech umarli umarłym mówią, co się stało”, i który doradzał – w Pożegnaniu – odrzucenie i zapomnienie, sobie samemu przysięgając: „Nie będę wskrzeszać, ani wracać wstecz” (dla uniknięcia nieporozumień należy zaznaczyć, iż nie jest to cały Miłosz i że w Świetle dziennym dokonuje się widomy zwrot tego poety w stronę wielorako rozumianego dziedzictwa; dość wymienić Legendę, Przypomnienie, Ziemię) – otóż Herbert nigdy nie przerwał dialogu ze zmarłymi. Nie próbował nawet. Być może wcześnie przeczuł, a przeczuwszy, rzecz całą domyślał do końca, że mianowicie amnezja i obojętność stawać się dziś mogą niebezpiecznymi sprzymierzeńcami władzy nieludzkiej w jej dziele fałszowania historii, spłaszczania i zagłuszania przeszłości, w dziele ujednolicania kultur i odbierania tożsamości narodom.
Kiedy zatem w Prologu otwierającym jeden z późniejszych tomów Herberta, Napis (1969), rozbrzmiewają słowa Chóru, skierowane do bohatera-poety:

 

Wyrzuć pamiątki. Spal wspomnienia i w nowy życia strumień wstąp.
(N 7)

 

to żadną miarą nie mogą one zostać uznane za wyraz rzeczywistych przekonań autora ani, tym więcej, potraktowane jako część jego literackiego programu. Na odwrót, recytacja Chóru to strawestowany głos cudzy, wyrażający dokładnie tę postawę, której Herbert nie tylko nie aprobował, ale całą swą twórczością się przeciwstawiał. Wyobraźni i sztuce pisarskiej wyznaczył bowiem odmienne cele.

 

nie dajmy zginąć poległym –
(SŚ 10)

 

zaklinał w Trzech wierszach z pamięci (w tomie Struna światła). Na pytanie zaś: czym jest jeszcze, a czym już nie jest poezja? – pytanie, zadawane w rozterce przez największych poetów powojennych epoki – tak odpowiadał w młodzieńczym Życiorysie:

 

poezja córką jest pamięci
stoi na straży ciał w pustkowiu
(HPG 79)

 

Odpowiadał wieloma mądrymi i ważnymi wierszami, jak Poległym poetom, jak Cmentarz warszawski, jak Las Ardeński i Wróżenie (wszystkie ze Struny światła).
W wierszu, który cytowaliśmy na samym wstępie, dostrzec już można tak charakterystyczne dla twórczości Herberta ironiczne zestawienie – ale i pełne bolesnego napięcia porównanie – dwóch różnych układów wartości. Po jednej stronie – wartkie, łamiące przeszkody, zwycięskie życie. Takie, jakim je malowały utopie i filozofie postępu. Takie, jakie opiewały gigantofony, transparenty, plakaty. I takie też, jakie zapewne chciałby mieć szary, udręczony człowiek tej epoki. Po jednej więc stronie – nadzieja szczęśliwego spełnienia losu, powodzenia; obietnica rozwoju, ciągłego przekraczania siebie; iluzja przyszłości jako zbawczego celu. Złudzenie użyteczne dla tych z góry, bo mobilizujące tych z dołu do zwiększonego wysiłku. Po drugiej zaś stronie – prawda bólu i cierpienia. Ów „okrzyk nocą”. Owa „rzeka pustyni”. Owo „wnętrze gdzie się toczy wspomnienie i krew”. Wszystko to składa się na jakąś trudną, pierwiastkową wiedzę o kondycji ludzkiej. I zarazem ewokuje starą prawdę narodowej świadomości.
I choć Herbert zdawał sobie doskonale sprawę, że bezkompromisowa wierność dla ziemi mogił i krzyżów – symbolu doświadczeń wczorajszych – łatwo może zastygnąć w fałszywą pozę, wyrodzić się czy obrócić w sztuczność i śmieszność (stąd częste w jego wierszach i prozach poetyckich demitologizacje i akcenty ironii, także pod własnym adresem, czego dowodem najlepszym – postać Pana Cogito), to przecież o wiele większy, w istocie nieprzekraczalny dystans dzielił i nadal oddziela jego wyobraźnię od świata przyszłości. Nazwawszy dystans ten w jednym z dawnych utworów „kamienną przepaścią”, poświęcił tak zwanym nadziejom na lepsze jutro kilka wymownych wierszy w Napisie. Przede wszystkim szydercze Sprawozdanie z raju:

 

W raju tydzień pracy trwa trzydzieści godzin
pensje są wyższe ceny stale zniżkują
praca fizyczna nie męczy (wskutek mniejszego przyciągania)
rąbanie drzewa to tyle co pisanie na maszynie
ustrój społeczny jest trwały a rządy rozumne
naprawdę w raju jest lepiej niż w jakimkolwiek kraju
(N 29)

 

Dalej – Przebudzenie. Wiersz o tych, którzy znaleźli się na śmietniku historii, a potem zostali ułaskawieni. Wiersz z takim oto sarkastycznym zakończeniem:

 

słuchaliśmy szczebiotania tramwajów jaskółczego głosu fabryk
i nowe życie słało się nam pod nogi
(N 12)

 

Od wszelkich szczebiotań o raju przyszłości oddzieliła Herberta raz na zawsze pamięć zatruta przeszłością.
Ta sama pamięć towarzyszyła mu i wówczas, gdy po usunięciu żelaznej kurtyny wyruszyć mógł wreszcie w upragnioną z dawna podróż, intelektualną i artystyczną podróż do źródeł europejskiej cywilizacji. „Barbarzyńca w ogrodzie”, zwiedzał muzea i świątynie; podziwiał piękno architektury i sycił oczy blaskiem arcydzieł; krążył po uliczkach włoskich miast i rozkoszował się urokami prowincji francuskiej; ale wszędzie niósł na butach popiół i glinę swojej pochmurnej ojczyzny. Nawet pod słońcem Południa nie uwolnił się od skrwawionych cieni: „no i jestem / mieli przyjść wszyscy / jestem sam” – szeptał w wierszu Mona Liza. Oczywiście, przykuwały jego uwagę freski i obrazy, fascynowały sekrety budowniczych katedr, olśniewała twórczość Piera della Francesca. W swych szkicach literackich, stanowiących wspaniały plon wyprawy, pisał o tym ostatnim: „Nad walką cieni, konwulsjami, hałasem i wściekłością zbudował Piero della Francesca lucidus ordo, wieczysty porządek światła i równowagi, [...] Stoiccy bohaterowie jego opowieści są skupieni i beznamiętni, nieporuszone liście drzew, kolor pierwszego ziemskiego poranku, pora, której nie wybije żaden zegar, nadają tworzonym przez Piera rzeczom ontologiczną niezniszczalność” (BO 239 i 249). Jednak nawet tak intensywne przeżycie iluminacji estetycznej – chciałoby się powiedzieć: przeżycie bliskie mistycznemu wtajemniczeniu w naturę świata – nie było w stanie przytłumić właściwej Herbertowi wrażliwości politycznej ani uleczyć go z historycznego uczulenia.
Świadectwem tego uczulenia – przejmująca opowieść O albigensach, inkwizytorach i trubadurach. Stylem kronikarskim i rzeczowym, zdradzającym wszakże tłumioną namiętność i poczucie bliskości, zrelacjonował tu Herbert historię wytępienia w XIII wieku – zrazu potężnej, cywilizacyjnie płodnej i oryginalnej – wiary albigensów; opowiedział dzieje pokonanych, którzy oblegani byli na swych ziemiach długo i walczyli z podziwu godną determinacją i męstwem, ale musieli w końcu ustąpić nie tylko przed siłą oręża, lecz przed straszniejszymi niż miecze oczami i uszami inkwizycji. Jaki więc wniosek płynie z klęski, która spotkała wysoko rozwinięte pod względem politycznym i moralnym księstwo Tuluzy? „Historia (nie tylko średniowieczna) uczy, że naród poddany metodom policyjnym demoralizuje się, kruszy wewnętrznie i traci zdolność oporu. Nawet najbardziej bezwzględna walka mężczyzn zmagających się twarzą w twarz nie jest tak zgubna, jak szepty, podsłuchy, strach przed sąsiadem i zdrada w powietrzu” (BO 186).
Nieprzypadkowo też w sąsiedztwie rozważań o malarstwie Piera della Francesca – owym cudzie sztuki wznoszącej się ponad tumult dziejów – znalazła się zaangażowana, tchnąca szlachetną pasją Obrona Templariuszy. Iście to Herbertowski kontrapunkt! Tam – wieczysty porządek arcydzieł. Tu – niedoskonały świat historycznego człowieka; zawsze jakiś zawiły dramat, jakaś ciemna afera, jakaś niesprawiedliwość i jakieś matactwo. Co Herberta zastanawia najbardziej w „aferze Templariuszy” – to narzędzia. Nadzwyczaj sprawne, jak na początek XIV wieku, narzędzia policyjne, którymi posłużył się autarcha francuski, Filip Piękny, aby unicestwić niezależność bogatego i silnego zakonu i wyeliminować go z państwa. Denuncjacja, uderzenie znienacka, fala masowych aresztowań, propaganda oczerniająca rycerzy Zakonu Świątyni jako heretyków i deprawatorów, „dochodzenie prawdy” głównie za pomocą tortur, wymuszone na zaszczutych samooskarżenia, komedia procesu zwieńczona kaźnią oskarżonych. „W historii nic nie zamyka się ostatecznie. Metody użyte w walce z Templariuszami weszły do repertuaru władzy. Dlatego nie możemy tej odległej afery pozostawić bladym palcom archiwistów” (BO 228).
Autor Barbarzyńcy w ogrodzie nie ukrywał, że sprawy na pozór zamknięte i odległe reinterpretuje w świetle doświadczeń i przemyśleń człowieka współczesnego. Przegrana albigensów czy dramat templariuszy stają się tyleż tematem jego esejów, co środkiem dla wyrażenia treści aktualnych. Zmieniają się jakby w przykład, parabolę i pouczenie. W coś, co już się zdarzyło, ale może się jeszcze powtórzyć.
Podobnie rzecz się miała z tematami antycznym i szekspirowskim, modulowanymi aluzyjnie w najbardziej bodaj znanych wierszach Herberta, jak Powrót prokonsula i Tren Fortynbrasa. Rozważając kluczowe problemy swej epoki – dominowanie systemu nad człowiekiem, państwa nad jednostką, siły nad prawem, despocji nad społeczeństwem obywatelskim, wreszcie przewagę nietolerancji i kłamstwa nad duchem wolności i prawdy – zmuszony był Herbert przez czas długi uciekać się do szyfru, sięgać po bajkę i przypowieść, posługiwać się paraboliczną strukturą znaczeń podwójnych i ukrytych, a ściślej mówiąc, zakrytych dla policyjnych oczu, czytelnych natomiast dla narodu. Postępował tak nie on jeden. Zwłaszcza za rządów Gomułki, gdy ucisk wprawdzie zelżał, ale nie nastąpiły żadne istotniejsze zmiany w instytucjach ustroju, poczęła się rozpowszechniać aluzyjna krytyka władzy i bujnie zaowocowały rozmaite gatunki literatury alegorycznej i parabolicznej. Ilustrować to zjawisko mogą utwory Leszka Kołakowskiego, Jacka Bocheńskiego i wielu innych. Wtedy to właśnie nazwano Herberta mistrzem paraboli, wiążąc tę umiejętność i poetykę nie tylko z moralistyczną postawą pisarza, lecz również z polityczną wymową i patriotycznym przesłaniem jego najlepszych i najbardziej znamiennych utworów .
Nowy – szósty w kolejności, a pierwszy od wydanego w 1974 roku Pana Cogito – tomik poetycki Zbigniewa Herberta nosi tytuł Raport z oblężonego Miasta i inne wiersze. Data publikacji – 1983. Ogłoszony w paryskim Instytucie Literackim i przedrukowany w kraju przez podziemną Oficynę Literacką, początkowo w wersji skróconej jako 18 wierszy, a następnie w całości, nie może stanowić zaskoczenia. Przyzwyczailiśmy się bowiem do wielkości Herberta. Przywykliśmy do tego, że chociaż wypowiada się rzadko, trafia swoim klasycznie zwięzłym i uczciwym komentarzem w sedno naszego losu narodowego, nie gubiąc przy tym z oczu odniesień uniwersalnych – cywilizacyjnych i etycznych. A jednak trudno nie przyznać, że jest to wydarzenie. Od czasu Światła dziennego i kilku tomów październikowych, jak Poemat dla dorosłych czy Gorący popiół – nie było w poezji polskiej książki, która tak jasno i nieustępliwie mówiłaby o sprawach publicznych.
Herbert kontynuuje tu, ale równocześnie znacznie poszerza styl, którym dotąd mistrzowsko operował. Od poetyki kryptograficznej, w której granicach mieszczą się jeszcze tak świetne utwory, jak Boski Klaudiusz, Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi i Posłaniec, przechodzi coraz częściej do bezpośredniej relacji, sprawozdania naocznego świadka, dokumentu, kroniki. Nie jest zapewne rzeczą przypadku, iż książka rozpoczyna się od wiersza Co widziałem, poświęconego pamięci Kazimierza Moczarskiego. Wiadomo przecież, z jakim zmysłem celowości komponuje, a raczej buduje Herbert swoje tomy. O miejscu wiersza Co widziałem zadecydować więc musiała nie tyle wczesna (1956) data jego napisania, ile inne względy: tematyka, tonacja, wreszcie stylistyka, jaką on poddaje reszcie utworów. Stylistyka nazywania rzeczy po imieniu:

 

widziałem człowieka poddanego torturom
siedział teraz bezpiecznie w gronie rodziny
opowiadał dowcipy jadł zupę
patrzyłem na jego rozchylone usta
dziąsła – dwie gałązki tarniny odarte z kory
było to nad wyraz bezwstydne
widziałem całą nagość
całe poniżenie

potem
akademia
dużo osób kwiaty
duszno
ktoś bez przerwy mówił o wypaczeniach
myślałem o jego wypaczonych ustach
(ROM 7)

 

Kolejny wiersz w tomie to Ze szczytu schodów – ozdoba jednego z późnych numerów tygodnika „Po prostu”. I znowu inny to Herbert od swego uładzonego wizerunku, na który dziesięć lat temu dali się nabrać autorzy Świata nie przedstawionego. Nie poeta kultury tylko, poeta intelektualnego dystansu i mitologicznej zasłony, ale obserwator rzeczywistości – drapieżny realista. Pisarz niecenzuralny. Ktoś, kto gdyby lepiej był znany, mógłby w swoim czasie patronować takim grupom artystycznym, jak „Wprost” i „Teraz”. Ale właśnie nie było to możliwe – oba wiersze otwierające Raport z oblężonego Miasta pozostawały nie znane młodszym pokoleniom, dzieląc los najlepszej części literackiego dziedzictwa październikowego.
Wśród kilkudziesięciu wierszy Raportu, znanych częściowo z publikacji w czasopismach drugiej połowy lat siedemdziesiątych i początku lat osiemdziesiątych, od „Tygodnika Powszechnego” i „Twórczości” przez „Zapis” aż po „Nowy Zapis”, uwagę zwraca artystyczne wyznanie wiary ułożone w kształcie listu poetyckiego (Do Ryszarda Krynickiego – list) oraz rozmyślania poświęcone wybitnemu zbuntowanemu poecie węgierskiemu z generacji Herberta: In memoriam Nagy László.

 

pomiędzy nami były sprawy czyste żadnego listu
wspomnień niczego co bawi oko
[...]
nie oparliśmy łokci na szumiącym dębie stołu
nie piliśmy wina nie łamaliśmy losu
a przecież mieszkaliśmy razem
w hospicjum Krzyża i Róży
(ROM 28)

 

Są też wiersze-sprawozdania z zagadkowych wydarzeń tej i każdej innej epoki (Proces, Porzucony); wiersze w formie notatki encyklopedycznej (Mordercy królów); wiersze pisane na marginesach lektury (jak Izydora Duncan); jest dalszy ciąg czynów i medytacji Pana Cogito.
Książka kończy się wielką, dech zapierającą kodą, złożoną z pięciu utworów. Ich tytuły: 17. IX, Pan Cogito o potrzebie ścisłości, Potęga smaku, Pan Cogito – zapiski z martwego domu, Raport z oblężonego Miasta. Ostatni z wymienionych wierszy nosi datę 1982.
Chciałem napisać: I stanowi kronikę stanu wojennego wprowadzonego na obszarze ziem polskich 13 grudnia. Przyznaję jednak: zawahałem się. Z równą bowiem słusznością można by powiedzieć, że Raport z oblężonego Miasta stanowi poetycką syntezę dziejów Polski, zwłaszcza dziejów nowożytnych, zapoczątkowanych zbrodnią rozbiorów i upływających pod znakiem niezmiennego zagrożenia – utraty podmiotowości politycznej przez nasz naród.
Wprawdzie poeta przyjmuje w wierszu tym rolę kronikarza spisującego wypadki dzień po dniu i tydzień po tygodniu, i nie mamy wątpliwości, że jest to kronikarz teraźniejszych rzeczy: jego napomknienia o aliantach ślących „mąkę worki otuchy tłuszcz i dobre rady” czy o bliskich w nieszczęściu „afgańskich góralach” świadczą aż nadto dobitnie, że znajduje się obok nas i podziela nasze upokorzenie, naszą słabość, naszą niezgodę i wolę oporu. Znać także, że bywał pilnym czytelnikiem zapisków doktora Rieux w jednej z głośniejszych powieści naszych czasów:

 

unikam komentarzy emocje trzymam w karbach piszę o faktach
(ROM 100)

 

A przecież czas jego kroniki niepostrzeżenie urasta w lata i stulecia:

 

mam być dokładny lecz nie wiem kiedy zaczął się najazd
przed dwustu laty w grudniu wrześniu może wczoraj o świcie
[...]
oblężenie trwa długo wrogowie muszą się zmieniać
nic ich nie łączy poza pragnieniem naszej zagłady

 

W takiej perspektywie noc grudniowa 81 roku okazuje się tylko epizodem, jak epizodem były wcześniejsze o lat jedenaście wypadki na Wybrzeżu, jak epizodem było strzelanie do robotników w czerwcu 56, jak epizodem był dzień 17 września 39 roku. Były to wszystko ogniwa jednego łańcucha –

 

doprawdy niepojęte że Miasto jeszcze się broni

Miasto-ojczyzna.

 

To Miasto zajmowało zawsze centralne miejsce w poezji Herberta. Przybierało zaś trzy oblicza. Początkowo było przede wszystkim Nekropolem, miastem umarłych, cmentarzem. Było to zarówno utracone miasto rodzinne poety – Lwów, jak i Troja XX wieku – spalona Warszawa. Zdawało się istnieć jedynie w piosence, legendzie i wspomnieniu – jako gród walecznych i szlachetnych, którzy zginęli w nierównej walce. Trwało przecież nadal – jako nie zdobyta przez wroga cytadela narodowej świadomości – miasto wewnętrzne, nie nazwane, tajemne, symboliczne. I takie właśnie powracało w wielkim śnie poety. Konkretne w szczegółach, stawało się mitycznym wyobrażeniem, Świętym Miastem polskości, figurą Rzeczypospolitej niepodległej.
Odmienne było Miasto drugie. Stanowiło jaskrawą antytezę – profanację bohaterskiego wyobrażenia. Nie było wcale podobne do „pięknych umarłych”. Przypominało natomiast kopiec termitów rządzony zwycięskim ramieniem Fortynbrasa. Najwcześniej niewolniczą naturę tego miasta-mrowiska przeniknął Miłosz w pamiętnych wierszach okupacyjnych. Rażone przemocą, pustoszone nihilizmem, opanowane epidemią instynktu samozachowawczego, wyzuło się u Herberta z resztek substancji etycznej. To „miasto nagie” połowy XX wieku z wiersza opatrzonego takim właśnie tytułem (w tomie Studium przedmiotu). To Utyka, znajome miasto, gdzie

 

świątynie wolności
zamieniono na pchli targ
senat obraduje nad tym
jak nie być senatem

obywatele
nie chcą się bronić
uczęszczają na przyspieszone kursy
padania na kolana
[...]
uczą dzieci kłamać
(Pan Cogito o postawie wyprostowanej, PC 85)

 

Nie prawych rodziców to ojczyzna, lecz Martwy Dom ukorzonych i nikczemnych.
Ale ujawni się jeszcze trzecie oblicze Miasta. Zapowiada je postać Pana Cogito. To on, najpierw w pojedynkę, próbuje wyrwać się skutecznie z objęć bezwładu i bezkształtu – z uścisku nicości – z zaczadzenia niewolą. To on nieci gniew i pogardę „dla szpiclów katów tchórzy”, a nie zalepia uszu woskiem, słysząc „głos poniżonych i bitych”. To on stara się policzyć ofiary terroru; solidarny z poległymi w dawnych bitwach, przyklęka u niewidzialnych często mogił dzisiaj ginących:

 

jak trudno ustalić imiona
wszystkich tych co zginęli
w walce z władzą nieludzką

dane oficjalne
pomniejszają ich liczbę
raz jeszcze bezlitośnie
dziesiątkują poległych

a ciała ich znikają
w przepastnych piwnicach
wielkich gmachów policji
[...]
a przecież w tych sprawach
konieczna jest akuratność
nie wolno się pomylić
nawet o jednego

jesteśmy mimo wszystko
stróżami naszych braci
niewiedza o zaginionych
podważa realność świata

wtrąca w piekło pozorów
diabelską sieć dialektyki
głoszącej że nie ma różnicy
między substancją a widmem

musimy zatem wiedzieć
policzyć dokładnie
zawołać po imieniu
opatrzyć na drogę

w miseczkę z gliny
proso mak
kościany grzebień
groty strzał
pierścień wierności

amulety
(Pan Cogito o potrzebie ścisłości, ROM 86)

 

To on używa wyobraźni jako narzędzia wolności. Daje świadectwo godności. Wskazuje „światło na górach”. I to on swoim przesłaniem moralnym toruje drogę polskiej nadziei. Nowej wspólnocie wolnych i sprawiedliwych.
Nie jest to tylko wyrażenie przenośne. Cyklem o Panu Cogito ugruntował bowiem Herbert swe znaczenie we współczesnej literaturze protestu, a jego popularność, zwłaszcza w środowiskach ludzi niepokornych, stale odtąd rosła. Należy przy tym mieć na uwadze zarówno wyraźny wpływ Herberta na czołówkę intelektualną i literacką młodego pokolenia lat siedemdziesiątych, jak i trudniejsze do określenia, a przecież wyczuwalne promieniowanie jego poezji w nieprofesjonalnych kręgach czytelniczych.
Niepodważalna wydaje się rola, jaką publikacja Pana Cogito odegrała w stosunku do szeroko pojętego nurtu Nowej Fali, wpływając na skrystalizowanie, wyostrzenie i wreszcie zróżnicowanie stanowisk w jej obrębie. Style odbioru Pana Cogito były tu w istocie miernikiem dokonywanych jeszcze przed 1976 rokiem zasadniczych opcji i wyborów o charakterze moralnym, a w swoich najdalszych konsekwencjach – także politycznym. W każdym razie obecność Herberta – bądź to jako autorytetu literackiego, bądź jako wzorca postawy – obecność, której nie można nie dostrzec w tekstach wybitnych poetów i eseistów pokolenia 68: Barańczaka, Krynickiego, Zagajewskiego i Michnika – mówi sama za siebie.
Gdyby kusić się o zrekonstruowanie genealogii duchowej ruchu społecznego o nazwie „Solidarność”, to należałoby wziąć w rachubę także czynnik z pozoru mało ważący, jakim jest, czy raczej jakim potrafi być słowo poety. Albowiem wielkie czyste słowa, słowo wolność i słowo ojczyzna nie skażone trądem nowomowy – i stare zaklęcia ludzkości – powtarzane z uporem przez samotnego poetę-depozytariusza umarłych, mogą stawać się materialną siłą dziejów, kiedy podejmą je i powtórzą usta milionów. Twoje i moje usta. „Bądź wierny Idź”.
A kiedy światłość Sierpnia przygasa w okrutną noc zimową, poeta Zbigniew Herbert robi to co zawsze: w Raporcie z oblężonego Miasta próbuje raz jeszcze stanąć na wysokości polskiego losu.

 

1984

 

Pierwodruk: „Puls” nr 22-23 (lato-jesień 1984). Cyt. za: Poznawanie Herberta, Wybór i wstęp Andrzej Franaszek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998.

 

 

 

       >  Jan Błoński
            
Zbigniew Herbert

       >  Jan Błoński
            
Tradycja, ironia i głębsze znaczenie

       >  Tomasz Burek
            
Herbert – linia wierności

       >  Marian Stala
            
Rok 1983 – głos poety

       >  Mateusz Werner
            
Rovigo-portret na pożegnanie

       >  Piotr Śliwiński
            
Poezja, czyli bunt

       >  Stanisław Barańczak
            
Ironie

       >  Per-Arno Bodin
            
Barbarzyńca i lustro

 

       >  Kazimierz Wyka
            
Składniki świetlnej struny

       >  Ryszard Przybylski
            
Między cierpieniem a formą

       >  Jan Józef Lipski
            
Między historią i Arkadią wyobraźni

       >  Julian Kornhauser
            
Uśmiech Sfinksa

       >  Jacek Łukasiewicz
            
Ostatnie książki Herberta

       >  Bogdana Carpenter
            
Zbigniewa Herberta lekcja sztuki

       >  Janusz Sławiński
            
Tren Fortynbrasa

       >  Jacek Łukasiewicz
            
Elegia na odejście pióra atramentu lampy

 

       >  Jerzy Kwiatkowski
            
Imiona prostoty

       >  Karl Dedecius
            
Uprawa filozofii

       >  Stanisław Barańczak
            
O czym myśli Pan Cogito

       >  Marta Wyka
            
Herbert-poeta metafizyczny

       >  Andrzej Franaszek
            „r
óża w czarnych włosach"

       >  Jacek Łukasiewicz
            
Studium przedmiotu

       >  Edward Hirsch
            
Wierność rzeczy